Od marca, kiedy to całkiem niespodziewania odwiedziła mnie N., zdążyły już minąć dwa miesiące. Czy wiele w tym czasie się wydarzyło, to rzecz względna. Tuż po tym, jak się rozstałyśmy, przyszła słynna fińska wiosna, szara, wietrzna, wciąż dość zimna i bardzo, bardzo mokra (dobrą ilustracją zarówno tego co wówczas widać, jak również i wczesnowiosennego nastroju, jest ten filmik). Wiosenna depresja, a także szeroko opisywany szok kulturowy uderzyły wówczas we mnie ze zdwojoną siłą, w czym wcale nie pomagała wizja zbliżających się świąt Wielkanocnych. Rzeczone święta spędziłam niemalże w całkowitej samotności, daleko nie tylko od rodziny, ale i bliższych znajomych poznanych w Turku, którzy korzystając z kilku dni wolnego porozjeżdżali się po różnych stronach. Byłam za to kilkakrotnie w kościele, gdzie usłyszawszy kilka słów w ojczystym języku, dosłownie się rozpłakałam.
W końcu święta minęły i wszystko szczęśliwie wróciło do normy. Wreszcie zaczęło też być nieco cieplej i słonecznie, co pozwoliło mi na pierwsze wycieczki na łono natury. Wciąż jeszcze nie było zielono, podczas gdy w centralnej Europie życie już zaczęło się przebudzać na dobre. Także w tym czasie doszły mnie wieści o katastrofie pod Smoleńskiem, ale ze względu na fakt swej emigracji nie byłam bombardowana wymuszanym żałobnym nastrojem grubo ponad tydzień, co miało chyba pozytywne skutki.
Tymczasem N. dostała wreszcie potwierdzenie terminu swej letniej praktyki na Malcie. Poznała też - na razie wirtualnie - swego koordynatora o imieniu Aaron, o którym już zdążyła sobie wyrobić konkretne zdanie. Zgodnie z zasadą, że najważniejszy w człowieku jest wygląd, rzeczony Aaron nie mógł zapunktować wysoko ze względu na łudzące podobieństwo do osoby znanej jako Starszy S-v. Jak się okazało później, lipiec N. spędzi ponadto w towarzystwie m.in. dość silnej grupy reprezentantów Kanady oraz... mieszkańca Wiednia o wybitnie nie-niemiecko brzmiącym nazwisku, co nasuwa mi oczywiste skojarzenia z gwiazdą Turku Erasmus 2010.
Wracając do mych nostalgicznych wynurzeń, już w kwietniu zaczęły się pierwsze wyjazdy innych studentów, poprzedzone licznymi imprezami pożegnalnymi, tudzież zmasowanym dodawaniem się do fejsbukowych grup typu "How to survive after Erasmus". Większość jednak zdecydowała się zostać do maja, oczekując od dawna reklamowanej lokalnej atrakcji, jaką jest pierwszomajowe święto Vappu (znane także jako Noc Walpurgi).
Końcem kwietnia postanowił się z nami pożegnać także słynny ESN, organizując kolejną klubową imprezę, niczym zresztą nie różniącą się od poprzednich - ta sama badziewna muzyka, te same twarze, nawet to samo niesmaczne i drogie piwo. No, może jeden szczegół był tym razem nowością - pomimo, iż zapomniałam swej VIP-owskiej karty ESN, dane mi było wejść do klubu za darmo po pozytywnej identyfikacji przez samego Joonasa, prezydenta ESN na naszej uczelni ("she's from ICT, she's okay"). Następnego dnia wieczorem miały miejsce pierwsze wydarzenia związane z Vappu, tj. przemówienie przedstawiciela związków studenckich, po którym nastąpiło uroczyste nałożenie tzw. ylioppilaslakit, tj. czapek studenckich, przez wszystkich absolwentów uczelni wyższych. Niestety, ów gwóźdź programu mnie ominął, gdyż w tym momencie byłam jeszcze w drodze do centrum... załapałam się za to za punkt następny, tj. dekorację nadrzecznego pomnika Lilji takim samym kapelusikiem, połączone z hałaśliwym śpiewem nieco już podchmielonej fińskiej młodzieży. Jednak i w tym nie uczestniczyłam świadomie, jako że przez cały czas próbowałam się skontaktować telefonicznie ze znajomymi, którzy zaginęli gdzieś w tłumie (taką jestem sierotą, że to co najważniejsze, zawsze mnie omija). Kiedy w końcu się szczęśliwie odnaleźliśmy, okazało się, że część oficjalna tego dnia już się skończyła i wszyscy oddalili się, aby oddać się ulubionemu hobby Finów, tj. piciu na umór. W międzyczasie weszliśmy na inne wzgórze, gdzie swoje uroczystości odprawiała szwedzkojęzyczna mniejszość, jednak i tam nie zostaliśmy dłużej, jako że jedna ze spotkanych dziewcząt przestrzegła nas, iż wkrótce wzgórze zostanie opanowane przez pijane i rzygające nastolatki. Poszliśmy więc coś zjeść i wypić, i w zasadzie nic specjalnego tego wieczora się nie działo. Byłam trochę rozczarowana, zresztą nie tylko ja.
Samo Vappu, tj. 1 maja, kojarzy się przede wszystkim z wielkim piknikiem na "szwedzkim wzgórzu". Tradycyjnie dotarliśmy na miejsce z jakimś dwugodzinnym opóźnieniem w stosunku do pierwotnych planów. Ostatecznie jednak było całkiem miło, a dodatkowo tego dnia przypadały też urodziny mojej współlokatorki. Zresztą sam tych wszystkich ludzi, którzy wylegli na ulice, był dość niesamowity.
Pierwszy tydzień maja był w zasadzie tygodniem niespełnionych planów. Początkowo swoje odwiedziny anonsował Gejek, a w kolejnych dniach miałam się spotkać z N. w Rydze. Jednak żaden z tych planów ostatecznie nie wypalił - co do Gejka to trochę mi żal (jej też, jak ostatnio się przyznała), natomiast za Rygą jakoś nie płaczę, i z tego co wiem, to N. nawet też już nie. Widać tak miało być. Być może dzięki temu także udało mi się w ekspresowym tempie i z wysokimi wynikami pozaliczać kolejne przedmioty (chociaż stałam się obiektem kpin, skarżąc się na DWIE czwórki w lokalnej skali, czyli 4,5 w polskiej).
Być może to nieważne, ale wspomnę jeszcze, że niedawno mimochodem się dowiedziałam, iż moja erasmusowa polska koleżanka chodziła do liceum z córką pana Pawła - tak, TEGO pana Pawła od jogi! Świat jednak jest mały, a Śląsk tym bardziej...
W maju także nagle przebudziła się przyroda, i wszystko dosłownie eksplodowała zielenią w ciągu kilku zaledwie dni. Co jednak najdziwniejsze i nawet dość niepokojące, podczas gdy Polska targana była powodziami i burzami, w Finlandii temperatury sięgały trzydziestu stopni! Trwało to dobrze ponad tydzień. Korzystając z pogody, urządzaliśmy sobie różnego rodzaju grille, pikniki i wycieczki - m.in. odwiedziłyśmy ze współlokatorkami urocze miasteczko o nazwie Porvoo. Niestety, wyjazd ten był szokiem dla mojego stanu konta, przez co przez kilka dni z nadzieją wyczekiwałam zbawienia. Zbawieniem tym okazała się moja własna matka, która przyjechała na ostatni weekend. Szczęśliwie udało jej się utrafić w ostatnie dni pięknej pogody, w co przedtem nie bardzo chciała wierzyć (swoją drogą nie dziwię się: wcześniej, gdy mówiłam "jest gorąco", miałam na myśli 15 stopni, nie 25). Oprócz zasilenia mej kieszeni i lodówki, mama wybrała się ze mną na wycieczkę do Helsinek oraz po Turku (na szczęście odeszła od pierwotnego pomysłu odwiedzin "u Muminków"). W stolicy Finlandii też już co prawda byłam nie raz, ale tym razem odwiedziłyśmy nowe miejsca. Po tej wizycie Helsinki wywarły na mnie dużo lepsze wrażenie. Szczególnie podobało mi się, iż w odległości, którą można pieszo pokonać w kilka minut od centrum miasta, można znaleźć ciche, spokojne i zielone miejsca. Myślę, że fakt, iż naszą przewodniczką była moja fińska koleżanka, też miał tu znaczenie, jako że nie chodziłyśmy tylko po trasach uczęszczanych przez turystów, ale bardziej bocznymi drogami.
Tego samego dnia, kiedy moja mama wróciła do Polski, goście przyjechali dla odmiany do mojej niemieckiej współlokatorki. Na szczęście cała rodzina nie śpi u nas, ale i tak są tu dość często (zawsze, kiedy wstając koło południa przebiegam po korytarzu w piżamie). Z tego co się orientuję, koleżanka nie przepada szczególnie za partnerem życiowym swojej matki (który nie jest jej ojcem, a nawet ojczymem). Atmosfera jest więc chyba dość napięta, ale ponieważ całymi dniami nie ma ich w domu, nie mnie to oceniać.
Ogólnie ostatnie dni są niezbyt ciekawe. Jak już wspominałam, są długie, nawet bardzo długie - od czwartej rano do północy jest jasno. Z braku codziennych obowiązków i rutyny wszyscy narzekają na nudę, a jednocześnie pogoda nie nastraja pozytywnie do jakiejś wzmożonej aktywności. Jedynie nocą życie kwitnie. Jak podsumowała N., końcówka pobytu w moim wykonaniu wygląda jak u rasowego HE. Praktycznie co noc gdzieś wychodzę, wracam, kiedy jest już jasno, i śpię do południa. Muszę jednak nadmienić, że ostatnio imprezy zaczynają nas omijać nie dlatego, że zostajemy w domu, ale ponieważ kończą się lub zmieniają miejsce, zanim tam dotrzemy. Ostatnio było tak przy okazji słynnego na całe Turku party w Kuunsilcie (Kuunsilta = Księżycowy Most, inne getto HE, na drugim zresztą końcu miasta). Ostatecznie kiedy nasza silna grupa dotarła na miejsce, zmuszeni byliśmy stworzyć sobie własną imprezę na ławeczce w ogrodzie. Co miało zdecydowanie swój urok, podobnie jak bardzo długi nocny spacer. Jak powiedział nasz kolega - nie ważne, ile osób jest na imprezie, ważne kto!
Wczoraj dla odmiany, całkiem przypadkiem trafiłam na lokalne eliminacje do konkursu Mister Finland 2010. Oglądanie wdzięczących się byczków było dość przerażające, ale i tak nic nie pobije ich elokwencji (odpowiedź na długie, rozwinięte pytanie do jednego z kandydatów zawierała się w słowie "jo").
Dziś wybieramy się na karaoke do znajomego ze słynnej student village, a jutro... jutro będzie dzień sprzątania (tak, tak, zawsze tak wypada, że w niedzielę pasuje najbardziej), a w poniedziałek dzień pakowania... a we wtorek rano, jeśli żadna katastrofa się nie wydarzy, już po raz trzeci w życiu (!) wsiądę na pokład samolotu, który zabierze mnie do Rygi, a stamtąd inny do Warszawy.
Na koniec jeszcze bonus w postaci galerii "foto miesiąca". Ze swego archiwum fotografii wybrałam po jednym na każdy miesiąc, które albo dobrze podsumowuje jakiś okres, albo po prostu z jakichś względów mi się podoba. Uprzedzam, że selekcja jest wyjątkowo subiektywna i z nikim nie konsultowana. A więc jedziemy!
STYCZEŃ
Tak jak ostatnio doświadczaliśmy ekstremalnie wysokich temperatur, tak początek pobytu był wyjątkowo mroźny (jak na TĘ CZĘŚĆ Finlandii). Wielokrotnie wspominano mi, iż tak śnieżnej i zimnej zimy w Turku nie było od dawna. A więc na tym obrazku jest głównie śnieg i opatulona ja, abyście widzieli, jak bardzo było zimno.
LUTY
W lutym działo się wiele dziwnych, zabawnych lub absurdalnych rzeczy, ale myślę że randomalny wyjazd do Sztokholmu był bodaj najciekawszą z nich. Niestety, nie posiadam zdjęcia tego, co najciekawsze, ale ten obrazek lubię, jako że moje koleżanki wyglądają na nim jak bezdomne imigrantki ze Wschodniej Europy - a tak właśnie przez dobre parę godzin się czułyśmy.
MARZEC
Najważniejszym wydarzeniem tego miesiąca było oczywiście nasze spotkanie! Wyrażając więc głęboką nadzieję, że nie zostanę zlinczowana za użycie wizerunku osoby trzeciej, wrzucam jedno z dwóch (!) zdjęć, na których występujemy razem. Poza tym nie ma w nim nic interesującego, ale gwoli przyzwoitości dodam, że to Tallinn (chętnych do poznania wyczerpującego opisu zapraszam na starego bloga).
KWIECIEŃ
W kwietniu udało się nam wreszcie zrobić rowerową wycieczkę na wyspę Ruissalo, co było zdecydowanie trafionym pomysłem. To wyjątkowo urocze miejsce, aż dziw bierze, że tak blisko miasta - choć z drugiej strony, nie powinno mnie to już dziwić, bo tak długim czasie spędzonym w tym kraju! Podsumowaniem tej wycieczki niech będzie zdjęcie, z którego byłam dumna, ale z jakiegoś powodu dla innych stało się obiektem drwin...
MAJ
Tutaj przeżywam wewnętrzne rozterki: która fotka będzie się tu nadawała najbardziej? Taka, która pokaże intensywną zieleń traw i drzew, a może pamiątkowe zdjęcie "z ręki" z moimi psiapsiółami z mieszkania, a może moja mama? Ostatecznie jednak stwierdzam, że symbolem maja w Finlandii jest jednak Vappu, jakkolwiek przereklamowane by dla nas (obcokrajowców) nie było, więc...
A na koniec - BONUS! Czyli zdjęcie-motto tego bloga:
Pozdrawiam wszystkich, którzy przebrnęli przez mętne wynurzenia prawdziwego HE! Do poczytania w Ojczyźnie!