poniedziałek, 27 lutego 2012

Bardzo hipsterski post

Nie wiem, czy i Wy macie podobne odczucia, czy to tylko mnie czas leci ostatnio jak z bicza strzelił? Jednym z dowodów na poparcie tej tezy może być chociażby to, że miałam od razu napisać krótkie uzupełnienie notki V. i aż się dzisiaj przeraziłam, spostrzegając, że od jej opublikowania minął ponad miesiąc! Czas więc wziąć się w garść i uaktualnić nasz wirtualny dziennik, a dzieje się całkiem sporo więc tematów na pewno nie zabraknie :)

Na wstępie chciałabym się cofnąć do wydarzenia, które dość mocno wpłynęło na temat naszych rozmyślań i dyskusji na przestrzeni ostatniego miesiąca. Otóż w pewien styczniowy wieczór wybrałyśmy się z V. do (ponoć najlepszej w naszym mieście) restauracji / kawiarni, której nazwa prawdopodobnie wzięła się od umieszczonej w rogu lokalu atrapy pewnego egzotycznego ptaka. Jak głosi ogólnie znana zasada, nie liczy się jednak „gdzie” lecz „z kim”. Tak też było tym razem i nie mam tu nawet na myśli niezastąpionego towarzystwa V. Przy sąsiednim stoliku trwało spotkanie grupki młodych osób, których gadatliwy „przywódca” od raz przykuł naszą uwagę. Nie tylko zainteresowały nas jego nieco za głośne dyskusje nt dziewictwa i krwi, ale również jego archetypowo hipsterski wygląd. Co jeszcze ciekawsze ten interesujący człowiek TRZY RAZY zagadał, ale zarówno V. jak i ja dokumentnie straciłyśmy szansę, odpowiadając półsłówkami. Oczywiście dopiero po czasie zdałyśmy sobie sprawę, co straciłyśmy. Niestety, kilkukrotne powroty w to samo miejsce w innych terminach na nic się zdały... Natomiast w nie do końca mi znany sposób zrodził się pomysł „wymodlenia hipstera dla V.”. Szukając doskonałych metod do osiągnięcia tego celu, natknęłyśmy się m.in. na stronę, którą odwiedzający internauci odbierają chyba jako blog św. Józefa. Było to bardzo pouczające, gdyż dowiedziałyśmy się, że przez całe życie kompletnie nie rozumiałyśmy zamysłu modlitwy, która jak się okazuje powinna wyglądać bardziej jako zamówienie konkretnego towaru niż nieokreślone wynurzenia w stylu „proszę o zdrowie i szczęście dla mojej rodziny”. Cóż, człowiek uczy się całe życie!

Hipsterski link

Skoro już zahaczyłam o wątek religijny, myślę, że warto wspomnieć o trwającym już od sześciu dni Wielkim Poście, który w tym roku w jakiś szczególny sposób celebruję. Mianowicie, zdecydowałam się przez te 40 dni nie jeść słodyczy i nie pić alkoholu – do tej pory przychodzi mi to nie chwaląc się bez większych problemów. Trzymajcie kciuki!

Muszę także poświęcić chociaż jeden akapit na nasze spostrzeżenia godne portalu Gastronauci.pl Zgodnie z tym, co opisała ostatnim razem V., udałyśmy się jakiś czas temu do Zen Thai. Faktycznie, nie było żadnych bulw, ale były inne atrakcje. M.in. młode żółtki, które rozumieją jedynie numerek zamawianego dania a nie jego nazwę. V. zamówiła ryż z czymś tam a ja zupę o konsystencji kisielu oraz nieco przypalone sajgonki. Ale ogólnie mamy pozytywne wrażenia – nie było źle! Myślę jednak, że bardziej legendarny stanie się zupełnie niedawny wypad do pizzerii o wdzięcznej nazwie Gruby Benek. Plan zawitania tam powzięłyśmy już w czasie fińskiej emigracji V. ale różne okoliczności (m.in. stopniowe znikanie pizzerii o tej nazwie) nieco na ten plan wpłynęły. Ale co się odwlecze, to nie uciecze i w sobotę, trochę przez przypadek, zjadłyśmy z V. pizzę dla starych papieży, która była naprawdę całkiem niezła!

W międzyczasie działy się rzeczy zaiste wielkiej wagi! V. rozpoczęła pierwszą w życiu pracę i pomimo jej obaw oraz pojedynczych pojękiwań, z tego co zrozumiałam, zupełnie w niej wymiata! AWESOME, huh? Jak sama ostatnio przyznała, czuje się, jakby pracowała tam znacznie dłużej niże te 4 tygodnie, które właśnie minęły. Na pewno duże znaczenie ma tu miła atmosfera, którą współpracownicy V. starają się umacniać przez wspólne wyjścia do kina czy na piwo (póki co V. była na 50 % spotkań, liczymy na poprawę statystyki!). Oczywiście, nie brakuje w firmie V. także osób ze wszech miar wyjątkowych jak chociażby N. Ch. czyli człowiek, który nawet w roboczych ogrodniczkach stara się wyglądać atrakcyjnie. Anegdotki na jego temat można by mnożyć, ale ich opowiadanie pozostawię bardziej zorientowanej V.

Ja natomiast w wielkich bólach i w mrozach ukończyłam jedenastą w życiu sesję i mogę się tym samym określać jako 11/12 MD. Cieszę się, że ten przykry obowiązek został spełniony (3-godzinne czytanie wynurzeń osób układających pytania testowe nie należy do wielkich przyjemności) a teraz, mimo że ferie już niestety za mną, nadal wypoczywam i zbieram siły na Wielkiego Demona Sesji, który zapewne nim się obejrzę, nawiedzi mnie po raz (w pewnym sensie) ostatni.

A tak wyglądała moja tegoroczna nauka w wyjątkowo ciężkich warunkach:


Ale dość już o naszych obowiązkach! Wszak nie (tylko) po to człowiek żyje, żeby pracować. Trzeba też się bawić, zwłaszcza że jeszcze do niedawna był karnawał. W związku z tym po raz kolejny wybrałyśmy się z V. do najt klabu w centrum naszej metropolii i to wybrałyśmy się samochodem z V. jako kierowcą i ze mną jako pilotem. Ogólnie muszę powiedzieć, że było WDŚ:) Nie wiem jedynie, czemu zawsze wychodzimy na kompletne ignorantki w kwestii mody męskiej, ale i tym razem najbardziej trendy buty tego sezonu V. opisała zdaniem „czy on w tym idzie gnój przerzucać?”. Później była jeszcze mniej delikatna, dosłownie parskając w twarz człowiekowi w (pewnie równie modnym) żółtym swetrze. Oprócz nas bawiły się tego wieczoru tradycyjnie żółtki, a także „brat Chloe”, człowiek w swetrze będący esencją słowa „creepy” oraz cała masa HE. Warto odnotować, że po małej zachęcie V. tego wieczoru z sukcesem zagadywała!! I wbrew pozorom nie miało to zbyt wiele wspólnego z czytaną ostatnio książką.

A tutaj mała lista przebojów karnawału 2012:

5. Nowy hit Rihanny

4. Po prostu kwadratowy hit

3. Dobra przeróbka hitu Gejka

2. Piosenka kojarząc mi się z egzaminem z ginekologii

And the winner is...

1. MICHEL TELO <4

Dodam jeszcze, że dwie ostatnie piosenki katowałyśmy do upadłego w czasie naszego ostatniego wieczoru z YT, który V. okupiła rzekomo bólem w okolicach wątroby. Ja również nie wyszłam z tego bez szwanku – następnego dnia Ewen B. wydawał mi się bardzo przystojnym mężczyzną!

A skoro przyplątały się już muzyczne klimaty, to myślę, że warto wspomnieć o naszym niedawnym postanowieniu. Otóż razem z V. i jej kolegą wybieramy się w lipcu na koncert Antka oraz świetnej kapeli rodem z Leicester! Liczymy na to, że tym razem obie będziemy równie zadowolone a nie tak jak w lipcu 2007 (patrz relacja na poprzednim blogu). A wydarzenie to będzie miało miejsce dokładnie za 5 miesięcy!!

Z ciekawych wydarzeń ostatniego miesiąca pozostało mi do wymienienia jeszcze spotkanie z politechnicznym koleżankami V. Była do kolejna daleka wyprawa samochodowa V., z którą po raz kolejny świetnie sobie poradziła. Wieczór minął bardzo sympatycznie a V. była najbardziej zadowolona, powtarzając co chwilę, że w naszym mieście absolutnie nie ma takich straszliwych roztopów. Poza tym dzięki wizycie w teatralnej kawiarni zrodził się pomysł ukulturalnienia się przez wizytę w teatrze. Czekam na konkrety!

I na koniec jeszcze małe nawiązanie do cytatu z V.: Przy okazji nadmienię, że wybudowany ostatnio na Helence Polo Market to miejsce, które z powodu złośliwego gnoma zamierzamy omijać szerokim łukiem! Niestety, zamierzałyśmy a raczej zamierzałam... Na drodze tego postanowienia stanęła (tego się na pewno nie spodziewacie!) promocja pieluch. Ale czegóż się nie robi dla bratanka? Który swoją drogą bardzo dobrze się rozwija, weranduje, przyjaźni się z pluszową biedronką i robi całą masę fascynujących rzeczy, o których codziennie słucham z ust dumnych dziadków ;)

Tak więc miłego przedwiośnia i do napisania!! :)