W chwili obecnej znajdujemy się z V. właściwie na ostatniej prostej naszej edukacji. To znaczy V. zajmuje się pisaniem pracy magisterskiej, natomiast przede mną już ostatni rok studiów. Oczywiście, jak zawsze, mamy do tego faktu zgoła inne podejście. Mnie jednak robi się trochę przykro, że to już koniec studenckiego życia, długich wakacji i mimo wszystko jakiejś beztroski. Natomiast V. w ostatnim roku zapałała żywą niechęcią (by nie powiedzieć nienawiścią) do wszystkich studentów! Właściwie słowo „studenci” to ostatni najgorsza obelga, jaką stosuje. Przy czym chciałabym uspokoić tych, którzy mają tego pecha, że należą do braci studenckiej. Według V. „student to stan umysłu”. Tak czy inaczej lipcowe wypadu do Gliwic celem odwiedzenia swojego promotora były dla V. źródłem rozkoszy, jako że na uczelni NIE BYŁO STUDENTÓW a windy przyjeżdżały jak na zawołanie. Wszystko byłoby WDŚ :) ale jednak tą sytuację można by przyrównać do lekarza (pojadę ze swojej działki), który mówi, że jego praca byłaby wspaniała, gdyby nie ci pacjenci... A tak się (nie)stety nie da i tyle w temacie!
W maju i w czerwcu tego roku ja męczyłam się chyba z najgorszym demonem sesji natomiast V. w przerwach między pisaniem swojego dzieła coraz bardziej rozkręcała rowerową pasję. Moje kolejne sukcesy egzaminacyjne świętowałyśmy tradycyjnie w BK. W drugiej połowie czerwca V. postanowiła zafundować sobie bardzo aktywny wyjazd nad polskie morze. Doszły mnie słuchy, że wraz ze swoją licealną koleżanką przejechały na rowerach jakieś 500 km! Sądzę, że dużą motywacją była dla niej podejrzewana przez wszystkich obecność Szwedo-Polaka. Oczywiście sprytnie nie robili sobie wspólnych zdjęć (przynajmniej oficjalnych), jednak ani ja ani rodzice V. nie daliśmy się przechytrzyć! Jeśli przyjrzeć się dobrze, staje się jasne, że fotografia przedstawiająca mężczyznę uprawiającego windsurfing pokazuje właśnie wymienionego już S-P z Oslo. Wyjazd ten był również o tyle istotny dla dalszego rozwoju wypadków, że V. w jakiś dziwny sposób stała się ekspertem i źródłem mądrości dla brata mojego kolegi z liceum, z którym UMÓWIŁA SIĘ PRZEZ INTERNET! V. musi być jednak od niego znacznie bardziej doświadczona, jako że nie stworzyła po swoim wyjeździe czegoś na kształt wypracowania szkolnego, opisującego, ile doświadczenia i mądrości życiowej można nabrać przez tydzień.
Ostatnimi czasy V. jest nad wyraz aktywna (nie wiem, czy to czasem nie jest strategia „co by to zrobić, żeby nie pisać magisterki?”). Nie dość, że chodzi ze mną na 10-kilometrowe spacery (które czasem kończą się niemożliwością wejścia do własnego domu), jeździ na rowerze jak opętana to jeszcze zapisała się do klubu fitness. Chodzi tam na wszelakie zajęcia, ale z tego co zrozumiałam to najbardziej spodobała jej się zumba! Podsyła mi tym samym m.in. takie linki.Zresztą przezentowany w tym krótkim klipie wakacyjny hit jest chyba ostatnio jej ulubioną piosenką. Ja oczywiście znałam go już w maju więc chociaż pod względem muzyki rozrywkowej wszystko pozostaje po staremu!
Tak tylko, żeby nikt nie myślał, że ja się obijam, nadmienię o zbliżającym się sprawdzianie mojej formy w postaci półmaratonu. To wydarzenie ma mieć miejsce już za 10 dni. Staram się nastawiać pozytywnie, ale mocno ściskane kciuki na pewno by nie zaszkodziły!
Nie wiem, czy wspominałam już o tym w poprzedniej notce, ale przed wakacjami V. uraczyła swojego kolegę ze studiów stwierdzeniem, że „nie chce jej się z nim gadać a jego pomysł na wakacje jest głupi”. Nawet jak na jej cięty język było to dość okrutne. Jednak dość szybko uspokoiła mnie, że przynajmniej w tym roku nie usłyszę od niej podobnych słów. No i muszę przyznać, że istotnie mój tegoroczny plan na wakacje był całkiem niegłupi! Miałam szczęście spędzić cały lipiec w stolicy Tajwanu (dla niewtajemniczonych - nieduża wyspa nieopodal Chin). W ciągu tego miesiąca zakosztowałam specjałów tajwańskiej kuchni, m.in. kaczej krwi w formie dziwacznej galaretki, zupy ze świńskimi jelitami czy pysznego mleka sojowego, którego zostałam fanką. Zmieniłam także totalnie zdanie na temat Azjatów (niestety na gorsze), na co miała z pewnością niemały wpływ legendarna już historia z komarami w tle. A także zakochałam się w tamtejszej naturze. Jednak niedaleko pada jabłko od jabłoni i nawet się nie spostrzegłam, kiedy zamiast robić zdjęcia kwiatków dla mamy zaczęłam sama szaleć na ich punkcie :D Oprócz tego przełamywałam swoje lęki, jeżdżąc codziennie sama windą, używając kolejki linowej a także wjeżdżając na szczyt Taipei 101! W kolejce linowej na wzgórze Maokong miał zresztą miejsce podryw roku. Oczywiście jak zwykle nie skorzystałam ze swojej szansy, ale cóż zrobić!
Na Tajwanie byłam przede wszystkim (przynajmniej takie było założenie) w celach edukacyjnych. Tak więc spędziłam całkiem sympatyczny miesiąc na oddziale ginekologii i położnictwa, gdzie ku mojemu zaskoczeniu, wcale nie rodziło się za dużo dzieci. Za to te, które się rodziły, były wybitnie słodziutkie! Coś musi być na rzeczy, bo polskie noworodki, które mogłam obserwować na pediatrii w ogóle tak na mnie nie wpływały. Widocznie zawsze chcemy tego, czego nie możemy mieć, bo żółte dziecko mogłoby się stać moim udziałem chyba wyłącznie w wyniku porwania lub skorzystania z banku spermy, niestety...
Po uroczym miesiącu na drugiej półkuli wracałam do domu ze szczerą chęcią niemarudzenia! Jednak w naszym kraju jest to chyba niemożliwe, o czym przekonali mnie już zawczasu pracownicy LOTu i Okęcia. 14 godzin to jak widać zdecydowanie za mało, żeby przełożyć bagaże w odpowiednie miejsce. Jednak poza chwilowym podenerwowaniem wyszło mi to nawet na dobre, jako że nie mój pełen tajwańskich pamiątek bagaż przywiózł mi do domu kurier następnego dnia a ja mogłam pędzić (hehe...) ekspresem do domu bez żadnego obciążenia.
Możecie się domyślić, że w czasie mojego pobytu na Tajwanie, miałam lepsze rzeczy do roboty niż śledzenie, co się dzieje na świecie. Moja chwilowa ignorancja poskutkowała tym, że w poniedziałek 25. lipca sprawdzając pocztę zastanawiałam się kim jest „ten facet w głupim mundurze z wielką giwerą” i czemu jest na stronie głównej właściwie każdego portalu internetowego? Możecie się łatwo domyślić, że chodziło o Andersa B. Breivika czyli zamachowca z Oslo. Ta interesująca postać w nie do końca jasny sposób stała się motywem przewodnim moich rozmów z V. w sierpniu. Naprawdę, nie pytajcie mnie, jak to się stało, ale dosłownie wszystkie tematy prowadziły właśnie do Andersa! Czytałyśmy pamiętnik Andersa zawarty w jego wspomnianym już manifeście (ze wzmianką o polskich kafelkarzach włącznie) a także wszystkie notatki prasowe, również te z fakt.pl i se.pl, co pozwoliło nam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy Anders (32 l.) jest opętany, przystojny itp. Dodatkową inspiracją był film zmontowany naprędce przez Discovery, z którego zaczerpnęłyśmy kultowe hasło "ale to nieprawda, bo na wyspę płynie morderca". Nie wiem, czy słyszeliście o setkach listów (miłosnych), które docierają do Andersa z różnych stron świata. Jestem prawie pewna, że i V. miała w tym swój udział! Wszak wszystkie znaki na niebie i ziemi, łącznie z nazwą jej ulicy oraz imieniem ulubionego ostatnio pisarza jasno na to wskazują...
Na koniec obiecana w poprzedniej notce kontynuacja wątku homosiowego romansu! Otóż, moi drodzy, on trwa nadal!!! Co prawda wedle wszelkich zebranych przeze mnie strzępków informacji oraz tego, co mówi mój zdrowy rozsądek, wiedzie to niechybnie to szlochów tudzież bardziej dramatycznych rozwiązań... Ale póki co gruchają sobie jak dwa gołąbki a także piszą fantastyczne recenzje odwiedzanych wspólnie restauracji, opisując m.in. różne rozmiary i stopnie przypieczenia bulw ziemniaczanych.
Tak to już chyba jest, że albo układa się na wszystkich płaszczyznach życia, albo w żadnej. Doskonałym przykładem tej prawdy jest GEF, który nie dość, że kwitnie w swojej mad love to jeszcze został visiting clinical fellow w jednym z renomowanych londyńskich szpitali! Śmiem twierdzić, że to siła mad love obroniła także jego dzielnicę przed falą zamieszek rozlewającą się w stolicy UK! A na nieśmiertelnym portalu społecznościowym założonym przez Dear Zuckerberga można było podziwiać coraz bardziej homosiowo-wykrzywione fotki GEFa a także listę miejsc które odwiedził w formie kolejnych „like”.
Obym była złym prorokiem, bo w sumie czemu miałybyśmy życzyć komuś, aby jego (pozorne) szczęście go opuściło, huh?
Skoro już jesteśmy przy temacie homosi, trudno byłoby nie nadmienić o kolejnej absolutnej gwieździe mijających tygodni czyli Robercie Biedroniu! Ten człowiek był chyba tematem nr 2 naszych rozmów, a ja nawet nauczyłam się prawie idealnie naśladować jego pretensjonalny sposób wymowy... Gdybyście chcieli dowiedzieć się więcej o anonimowym gejowskim seksie tudzież o wielkiej, trwającej 8 lat miłości pana Roberta to zapraszam do zapoznania się z tym filmikiem.
Muszę się jeszcze poskarżyć, że ostatnio prześladowała mnie seria straszliwych snów. Bohaterem chyba najbardziej kuriozalnego z nich był właśnie Robert B., który w zielonym ornacie rozdawał zgromadzonym w kościele wiernym Biblię „Forbes” a następnie zamienił się w barmana, polewającego wszystkim swojego autorskiego drinka o nazwie cola-orzechówka. Oprócz tego śniło mi się, że usilnie (ale za to skutecznie) podrywałam brytyjskiego premiera Davida Camerona a także, że obrażona na mnie V. o 4 nad ranem postanowiła nocować u swojego wykładowcy o dość niecodziennym imieniu, nie widząc w tym absolutnie nic zdrożnego... I nie, nie mam w zwyczaju jeść ciężkostrawnych potraw tudzież pić alkoholu tuż przed snem!
Myślę, że warto jeszcze wspomnieć o wrześniowym spotkaniu w grodzie Kraka, na które ja dotarłam po zwiedzaniu Kazimierza z grupą zagranicznych studentów natomiast V. prosto z Cieszyna i to ze swoim wypasionym (nowym!) rowerem. Bardzo przyjemnie gawędziło nam się z naszym Gejkiem, chociaż widać ewidentnie, że nasze drogi gdzieś się po drodze rozeszły. Ciekawa jestem, czy pełna atrakcji (kawa + lody) wyprawa do Lwowa doszła w końcu do skutku. O to i o dalsze losy pani bufetowej będziemy musiały zapytać następnym razem.
Coś stosunkowo mało mi dzisiaj wyszło tej notki, co jedynie dowodzi po raz kolejny, że trzeba pisać częściej, bo lata już nie te i wszystko szybko ucieka z pamięci!
Na deser ulubione zdjęcie V., której życzę z całego serca szybkiego końca magisterskiej udręki!
PS. Zauważcie moje postępy - nie dość, że umiem wstawiać fachowo zdjęcia to i z linkami zaczynam sobie radzić!