czwartek, 22 września 2011

Długo oczekiwany update

Właśnie skomplikowany splot przypadków sprawił, że doszłam do niesamowicie odkrywczego wniosku – naprawdę WARTO pisać bloga! Tak więc w końcu siadam i piszę. Nie powinnam przy tym w ogóle narzekać, że tak dużo mam do opisania – przecież niektórym chciało się napisać ponad 1500 stron manifestu (podobno połowa to Ctrl+C, CTRL+V, ale mimo wszystko 750 stron własnej twórczości to i tak powód do dumy!).

W chwili obecnej znajdujemy się z V. właściwie na ostatniej prostej naszej edukacji. To znaczy V. zajmuje się pisaniem pracy magisterskiej, natomiast przede mną już ostatni rok studiów. Oczywiście, jak zawsze, mamy do tego faktu zgoła inne podejście. Mnie jednak robi się trochę przykro, że to już koniec studenckiego życia, długich wakacji i mimo wszystko jakiejś beztroski. Natomiast V. w ostatnim roku zapałała żywą niechęcią (by nie powiedzieć nienawiścią) do wszystkich studentów! Właściwie słowo „studenci” to ostatni najgorsza obelga, jaką stosuje. Przy czym chciałabym uspokoić tych, którzy mają tego pecha, że należą do braci studenckiej. Według V. „student to stan umysłu”. Tak czy inaczej lipcowe wypadu do Gliwic celem odwiedzenia swojego promotora były dla V. źródłem rozkoszy, jako że na uczelni NIE BYŁO STUDENTÓW a windy przyjeżdżały jak na zawołanie. Wszystko byłoby WDŚ :) ale jednak tą sytuację można by przyrównać do lekarza (pojadę ze swojej działki), który mówi, że jego praca byłaby wspaniała, gdyby nie ci pacjenci... A tak się (nie)stety nie da i tyle w temacie!

W maju i w czerwcu tego roku ja męczyłam się chyba z najgorszym demonem sesji natomiast V. w przerwach między pisaniem swojego dzieła coraz bardziej rozkręcała rowerową pasję. Moje kolejne sukcesy egzaminacyjne świętowałyśmy tradycyjnie w BK. W drugiej połowie czerwca V. postanowiła zafundować sobie bardzo aktywny wyjazd nad polskie morze. Doszły mnie słuchy, że wraz ze swoją licealną koleżanką przejechały na rowerach jakieś 500 km! Sądzę, że dużą motywacją była dla niej podejrzewana przez wszystkich obecność Szwedo-Polaka. Oczywiście sprytnie nie robili sobie wspólnych zdjęć (przynajmniej oficjalnych), jednak ani ja ani rodzice V. nie daliśmy się przechytrzyć! Jeśli przyjrzeć się dobrze, staje się jasne, że fotografia przedstawiająca mężczyznę uprawiającego windsurfing pokazuje właśnie wymienionego już S-P z Oslo. Wyjazd ten był również o tyle istotny dla dalszego rozwoju wypadków, że V. w jakiś dziwny sposób stała się ekspertem i źródłem mądrości dla brata mojego kolegi z liceum, z którym UMÓWIŁA SIĘ PRZEZ INTERNET! V. musi być jednak od niego znacznie bardziej doświadczona, jako że nie stworzyła po swoim wyjeździe czegoś na kształt wypracowania szkolnego, opisującego, ile doświadczenia i mądrości życiowej można nabrać przez tydzień.

Ostatnimi czasy V. jest nad wyraz aktywna (nie wiem, czy to czasem nie jest strategia „co by to zrobić, żeby nie pisać magisterki?”). Nie dość, że chodzi ze mną na 10-kilometrowe spacery (które czasem kończą się niemożliwością wejścia do własnego domu), jeździ na rowerze jak opętana to jeszcze zapisała się do klubu fitness. Chodzi tam na wszelakie zajęcia, ale z tego co zrozumiałam to najbardziej spodobała jej się zumba! Podsyła mi tym samym m.in. takie linki.Zresztą przezentowany w tym krótkim klipie wakacyjny hit jest chyba ostatnio jej ulubioną piosenką. Ja oczywiście znałam go już w maju więc chociaż pod względem muzyki rozrywkowej wszystko pozostaje po staremu!

Tak tylko, żeby nikt nie myślał, że ja się obijam, nadmienię o zbliżającym się sprawdzianie mojej formy w postaci półmaratonu. To wydarzenie ma mieć miejsce już za 10 dni. Staram się nastawiać pozytywnie, ale mocno ściskane kciuki na pewno by nie zaszkodziły!

Nie wiem, czy wspominałam już o tym w poprzedniej notce, ale przed wakacjami V. uraczyła swojego kolegę ze studiów stwierdzeniem, że „nie chce jej się z nim gadać a jego pomysł na wakacje jest głupi”. Nawet jak na jej cięty język było to dość okrutne. Jednak dość szybko uspokoiła mnie, że przynajmniej w tym roku nie usłyszę od niej podobnych słów. No i muszę przyznać, że istotnie mój tegoroczny plan na wakacje był całkiem niegłupi! Miałam szczęście spędzić cały lipiec w stolicy Tajwanu (dla niewtajemniczonych - nieduża wyspa nieopodal Chin). W ciągu tego miesiąca zakosztowałam specjałów tajwańskiej kuchni, m.in. kaczej krwi w formie dziwacznej galaretki, zupy ze świńskimi jelitami czy pysznego mleka sojowego, którego zostałam fanką. Zmieniłam także totalnie zdanie na temat Azjatów (niestety na gorsze), na co miała z pewnością niemały wpływ legendarna już historia z komarami w tle. A także zakochałam się w tamtejszej naturze. Jednak niedaleko pada jabłko od jabłoni i nawet się nie spostrzegłam, kiedy zamiast robić zdjęcia kwiatków dla mamy zaczęłam sama szaleć na ich punkcie :D Oprócz tego przełamywałam swoje lęki, jeżdżąc codziennie sama windą, używając kolejki linowej a także wjeżdżając na szczyt Taipei 101! W kolejce linowej na wzgórze Maokong miał zresztą miejsce podryw roku. Oczywiście jak zwykle nie skorzystałam ze swojej szansy, ale cóż zrobić!

Na Tajwanie byłam przede wszystkim (przynajmniej takie było założenie) w celach edukacyjnych. Tak więc spędziłam całkiem sympatyczny miesiąc na oddziale ginekologii i położnictwa, gdzie ku mojemu zaskoczeniu, wcale nie rodziło się za dużo dzieci. Za to te, które się rodziły, były wybitnie słodziutkie! Coś musi być na rzeczy, bo polskie noworodki, które mogłam obserwować na pediatrii w ogóle tak na mnie nie wpływały. Widocznie zawsze chcemy tego, czego nie możemy mieć, bo żółte dziecko mogłoby się stać moim udziałem chyba wyłącznie w wyniku porwania lub skorzystania z banku spermy, niestety...

Po uroczym miesiącu na drugiej półkuli wracałam do domu ze szczerą chęcią niemarudzenia! Jednak w naszym kraju jest to chyba niemożliwe, o czym przekonali mnie już zawczasu pracownicy LOTu i Okęcia. 14 godzin to jak widać zdecydowanie za mało, żeby przełożyć bagaże w odpowiednie miejsce. Jednak poza chwilowym podenerwowaniem wyszło mi to nawet na dobre, jako że nie mój pełen tajwańskich pamiątek bagaż przywiózł mi do domu kurier następnego dnia a ja mogłam pędzić (hehe...) ekspresem do domu bez żadnego obciążenia.

Możecie się domyślić, że w czasie mojego pobytu na Tajwanie, miałam lepsze rzeczy do roboty niż śledzenie, co się dzieje na świecie. Moja chwilowa ignorancja poskutkowała tym, że w poniedziałek 25. lipca sprawdzając pocztę zastanawiałam się kim jest „ten facet w głupim mundurze z wielką giwerą” i czemu jest na stronie głównej właściwie każdego portalu internetowego? Możecie się łatwo domyślić, że chodziło o Andersa B. Breivika czyli zamachowca z Oslo. Ta interesująca postać w nie do końca jasny sposób stała się motywem przewodnim moich rozmów z V. w sierpniu. Naprawdę, nie pytajcie mnie, jak to się stało, ale dosłownie wszystkie tematy prowadziły właśnie do Andersa! Czytałyśmy pamiętnik Andersa zawarty w jego wspomnianym już manifeście (ze wzmianką o polskich kafelkarzach włącznie) a także wszystkie notatki prasowe, również te z fakt.pl i se.pl, co pozwoliło nam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy Anders (32 l.) jest opętany, przystojny itp. Dodatkową inspiracją był film zmontowany naprędce przez Discovery, z którego zaczerpnęłyśmy kultowe hasło "ale to nieprawda, bo na wyspę płynie morderca". Nie wiem, czy słyszeliście o setkach listów (miłosnych), które docierają do Andersa z różnych stron świata. Jestem prawie pewna, że i V. miała w tym swój udział! Wszak wszystkie znaki na niebie i ziemi, łącznie z nazwą jej ulicy oraz imieniem ulubionego ostatnio pisarza jasno na to wskazują...

Na koniec obiecana w poprzedniej notce kontynuacja wątku homosiowego romansu! Otóż, moi drodzy, on trwa nadal!!! Co prawda wedle wszelkich zebranych przeze mnie strzępków informacji oraz tego, co mówi mój zdrowy rozsądek, wiedzie to niechybnie to szlochów tudzież bardziej dramatycznych rozwiązań... Ale póki co gruchają sobie jak dwa gołąbki a także piszą fantastyczne recenzje odwiedzanych wspólnie restauracji, opisując m.in. różne rozmiary i stopnie przypieczenia bulw ziemniaczanych.

Tak to już chyba jest, że albo układa się na wszystkich płaszczyznach życia, albo w żadnej. Doskonałym przykładem tej prawdy jest GEF, który nie dość, że kwitnie w swojej mad love to jeszcze został visiting clinical fellow w jednym z renomowanych londyńskich szpitali! Śmiem twierdzić, że to siła mad love obroniła także jego dzielnicę przed falą zamieszek rozlewającą się w stolicy UK! A na nieśmiertelnym portalu społecznościowym założonym przez Dear Zuckerberga można było podziwiać coraz bardziej homosiowo-wykrzywione fotki GEFa a także listę miejsc które odwiedził w formie kolejnych „like”.

Obym była złym prorokiem, bo w sumie czemu miałybyśmy życzyć komuś, aby jego (pozorne) szczęście go opuściło, huh?

Skoro już jesteśmy przy temacie homosi, trudno byłoby nie nadmienić o kolejnej absolutnej gwieździe mijających tygodni czyli Robercie Biedroniu! Ten człowiek był chyba tematem nr 2 naszych rozmów, a ja nawet nauczyłam się prawie idealnie naśladować jego pretensjonalny sposób wymowy... Gdybyście chcieli dowiedzieć się więcej o anonimowym gejowskim seksie tudzież o wielkiej, trwającej 8 lat miłości pana Roberta to zapraszam do zapoznania się z tym filmikiem.

Muszę się jeszcze poskarżyć, że ostatnio prześladowała mnie seria straszliwych snów. Bohaterem chyba najbardziej kuriozalnego z nich był właśnie Robert B., który w zielonym ornacie rozdawał zgromadzonym w kościele wiernym Biblię „Forbes” a następnie zamienił się w barmana, polewającego wszystkim swojego autorskiego drinka o nazwie cola-orzechówka. Oprócz tego śniło mi się, że usilnie (ale za to skutecznie) podrywałam brytyjskiego premiera Davida Camerona a także, że obrażona na mnie V. o 4 nad ranem postanowiła nocować u swojego wykładowcy o dość niecodziennym imieniu, nie widząc w tym absolutnie nic zdrożnego... I nie, nie mam w zwyczaju jeść ciężkostrawnych potraw tudzież pić alkoholu tuż przed snem!

Myślę, że warto jeszcze wspomnieć o wrześniowym spotkaniu w grodzie Kraka, na które ja dotarłam po zwiedzaniu Kazimierza z grupą zagranicznych studentów natomiast V. prosto z Cieszyna i to ze swoim wypasionym (nowym!) rowerem. Bardzo przyjemnie gawędziło nam się z naszym Gejkiem, chociaż widać ewidentnie, że nasze drogi gdzieś się po drodze rozeszły. Ciekawa jestem, czy pełna atrakcji (kawa + lody) wyprawa do Lwowa doszła w końcu do skutku. O to i o dalsze losy pani bufetowej będziemy musiały zapytać następnym razem.

Coś stosunkowo mało mi dzisiaj wyszło tej notki, co jedynie dowodzi po raz kolejny, że trzeba pisać częściej, bo lata już nie te i wszystko szybko ucieka z pamięci!

Na deser ulubione zdjęcie V., której życzę z całego serca szybkiego końca magisterskiej udręki!

PS. Zauważcie moje postępy - nie dość, że umiem wstawiać fachowo zdjęcia to i z linkami zaczynam sobie radzić!

niedziela, 8 maja 2011

Jeszcze trudniejsze zadanie...

Jak powszechnie wiadomo – jaki Sylwester taki cały rok. Stąd też wypada mi zacząć historię tego, co do tej pory przydarzyło nam się z V. w 2011 r. od opisu naszego (tym razem osobnego) Sylwestra. Plany, jak powitać rok 2011 zmieniały się dosłownie jak w kalejdoskopie. Zaczęło się od szalonych planów wyjazdu do Sztokholmu, by o północy być na Slussen i świętować ze Szwedami a potencjalnie także z Alehem, który niestety nie odpowiedział na zawierającą między innymi kilka „:*” wiadomość od V. na Facebooku (rzecz jasna była to wiadomość mojego autorstwa). Po upadku tego pomysłu, pojawiły się alternatywy w postaci m.in. Kopenhagi czy Oslo. I gdy już prawie na coś się zdecydowałyśmy, V. otrzymała propozycję wyjazdu do stolicy Węgier celem spotkania ze swoimi erasmusowymi znajomymi. Takich okazji się nie przepuszcza więc V. zamiast na północ zdecydowała się pojechać na południe, co w sumie jest dla niej dość mało typowe. Ja w tym samym czasie brałam pod uwagę opcje wyjazdu do kilku polskich miast, towarzyszenie V. oraz opcję anty-Sylwestra w domu z lampką wina i dobrą książką. Nie wiem, czy jeszcze ktoś to pamięta, ale nasz poprzedni sylwestrowy wyjazd skończył się moją dość wysoką gorączką i śpiewaniem pieśni o księciu ciemności. Nie chciałabym dramatyzować, ale to chyba jakaś moja mała 'klątwa' bo w tym roku było podobnie... Otóż, moje plany sylwestrowe musiały się ograniczyć do leżenia w łóżku i oglądania niezliczonej ilości filmów, jako że tuż po Świętach obudziłam się z gorączką i wszelkimi innymi symptomami grypy.

Tak więc 31.12 V. zwiedzała Budapeszt w towarzystwie Węgrów i dość kontrowersyjnej polskiej pary. Podobno pogoda wyjątkowo wręcz nie sprzyjała turystom, co przełożyło się bezpośrednio na ilość zdjęć. Ja tymczasem odkryłam skarbnicę mądrości w postaci serialu o wdzięcznej nazwie How I Met Your Mother – V. może zaświadczyć, że w chwili obecnej do każdej sytuacji potrafię przyporządkować jakąś anegdotę z tego arcydzieła gatunku. W wolnej chwili obejrzałam także w końcu Lśnienie i kilka innych filmów. W okolicach północy byłam już dość zmęczona, ale tradycji musiało się stać zadość – urządziłam więc małą imprezę z YT. Tymczasem w węgierskim towarzystwie działo się nie najlepiej, sądząc po sms-ie V. która rzekomo zazdrościła mi towarzystwa YT. Na szczęście później, głównie za sprawą skradzionego tokaja, o ile dobrze zrozumiałam, impreza nieco się rozkręciła a puszczane przez V. hity poderwały wszystkich do tańca.

W skrócie można by więc powiedzieć, że Sylwester nie był ani dobry ani zły czyli w sumie powróciłyśmy do punktu wyjścia :)

Styczeń minął szybko chociaż nie do końca bezboleśnie, bo pod znakiem sesji. Była to o tyle znamienna sesja, że dla V. jak wskazują wszystkie znaki na niebie i zmieni – ostatnia! Nie zauważyłam, żeby ją ten fakt jakoś szczególnie martwił co jest w gruncie rzeczy .

Trudy sesji trzeba sobie jakoś wynagradzać. W związku z tym wybrałyśmy się z V. do pobliskiej palmiarni. Dla mnie była to pierwsza taka wyprawa, ale muszę przyznać, że wrażenie jak najbardziej pozytywne. Szczególnie podobały nam się zwierzątka w postaci m.in. żółwiaka oraz kilku wielkich jaszczurów. Niestety, żeby nie było tak cukierkowo, braki w ogładzie i wiedzy ogólnej zawsze wyjdą na światło dzienne... Gorzej jeśli uświadamia nam to... przypadkowo napotkany sześciolatek!! Rzeczony młodzian raczył dość pogardliwie skomentować nieopatrzny komentarz V. o robalach - „chyba OWADY”. Śmieszyło mnie to niezmiernie, dopóki nie spotkałyśmy małego mądrali przy akwarium z aksolotlami, które według mnie są bardzo ciekawe, głównie ze względu na to, że są 'stadium pośrednim między czymś a czymś”. Cóż, TILATS jak mawiał klasyk.

Żółwiak

Kolejną formą świętowania stał się wypad do... restauracji typu fast food, której w żaden sposób nie chcę tutaj reklamować więc nie będę używać pełnej nazwy a jedynie skrótu „BK” (nikt nie wie o co chodzi, prawda?). Oczywiście, szybko okazało się, że owa restauracja ma jakieś podejrzane powiązania z samym księciem ciemności (nie mogłam znaleźć oryginalnego wideo więc w zamian jest zupełnie nowe ale też niezłe :)! W sumie te czarne stroje obsługi nie wzięły się z niczego, o nie! Dotychczas byłyśmy tam z V. już trzykrotnie! Najbardziej godna odnotowania była wizyta numer 2, której bohaterem był obsługujący mnie kierownik zmiany – mistrz bajerowania klientów. Z prostej wydawałoby się czynności przygotowania dla mnie zestawu z whooperem uczynił wielką sprawę. Nawet trudno oddać cały komizm tej sytuacji – wtedy jeszcze nie kręciłyśmy z V. filmów, niestety. To był błąd pierwszy, drugi polega na tym, że trzeba było to od razu opisać, bo teraz już nawet nie pamiętam jego imienia. Cóż, TILATS. Na pocieszenie, kolejny kultowy filmik o podobnej tematyce.

Gdzieś w okolicach lutego stała się rzecz przełomowa – V. wyciągnęła mnie do najt klabu (where is the najt klab?) i do w dodatku na imprezę w sukienkach!! Zabawy nie zepsuło nam nawet przejmujące zimno lutowego wieczoru ani prawie dwugodzinna podróż do stolicy naszej wspaniałej aglomeracji. A później było już właściwie jak zwykle... czyli WDŚ:) Dość istotny był żółty akcent tej imprezy – mniej więcej 1/3 gości lokalu stanowili bowiem Tajwańczycy! Do tej pory trudno mi w gruncie rzeczy określić, czy żółtki kręcą mnie jak cholera czy tylko wzbudzają we mnie jakieś rozczulenie podobne do tego, co odczuwam na widok małych lisków, ocelocików czy innych zwierzątek. Weird, huh? Tak czy inaczej największe wrażenie zrobił na nas żółtek-spiderman, który dosłownie biegał po ścianach. Żółtki nawet do nas zagadały i to niejeden raz, mówiąc coś w stylu „czeszcz” chociaż w nieco inny, żółty sposób.

„Żółty” motyw zdecydowanie zdominował pierwszą połowę tego roku. Oprócz imprezowania w tak doborowym towarzystwie, baczną uwagę zwróciłyśmy (zwróciłam??) także na pracowników kilku azjatyckich lokali, m.in. czesko-chińskiej sieciówki o wdzięcznej nazwie Guty (to prawie jak Gluty, prawda?!). Ale to jeszcze nie koniec... Płynnie przeskakuję do podania dość istotnej informacji!

Otóż w tym roku przypadła mi w udziale możliwość wyjechania na dość egzotyczną praktykę bo... na Tajwan! Mimo początkowego zamieszania i wielu niedomówień, w chwili obecnej w sumie cieszę się z takiego obrotu spraw. Trochę mógłby mój entuzjazm zakłócić komentarz jednej z koleżanek o nakładaniu pewnych przedmiotów na ziarnko ryżu, ale przecież ja tam jadę DO PRACY więc absolutnie mi to nie przeszkadza. Jedyną rysą na tej idealnej wizji wakacji jest brak jedzenia, które byłabym w stanie tolerować oraz wybitnie niesprzyjająca mi pogoda. Ale co tam – raz się żyje. A według niektórych, to super nie jeść przez miesiąc – i niestety autorem tych słów bynajmniej nie jest nastoletnia panienka!

Bardzo obfitującym w wydarzenia miesiącem okazał się kwiecień. W pierwszej połowie miesiąca mnie nałożyły się dwa wyjazdy. Krótszy, weekendowy wypad do grodu Kraka pozwolił mi m.in. na spotkanie z dawno niewidzianym Gejkiem. Podzieliła się ona ze mną swoimi refleksjami na temat Czesława Mozila, randek w stylu „Titanica” oraz wielu innych ciekawych spraw. Było prawie jak za dawnych lat! I nawet poszłyśmy razem z Gejkiem tańcować ;)

Tuż po powrocie z Krk, musiałam się szybko przygotować na tygodniowy wyjazd do Katalonii. Nie będę się tu rozwodzić nad pięknem hiszpańskich krajobrazów czy smakiem sangrii – o tym możecie sobie poczytać gdzie indziej. Wolałabym się raczej skupić na gwoździu programu czyli dziwnym człowieku o nadanym dzisiaj przez T9 pseudonimie „Pralka”. Kilka razy był on już wspominany na naszym blogu, a moje nastawienie do niego, jak to matematycznie ujęła V., przypominało sinusoidę. Po tym wyjeździe, na którym to „zniszczyłam taką dobrą relację” (cytat nie pochodzi z żadnej telenoweli, niestety!) obawiam się że moja opinia o tym osobniku osiągnęła stan permanentnego dna z dziurą. Nie ma jednak tego złego... Pan Pralka stał się definitywnie kopalnią anegdotek, a nawet przebił wyznawcę Boga Ciepła i Zimna! Trudno mi teraz przywoływać wszystkie przykłady, nadmienię więc tylko może, że gdyby ktoś przy Was przez kilka minut ewidentnie się dusił, nie wypada zrobić nic innego jak skomentować „ale dobre małże” i zajmować się dalej swoim jedzeniem. Szczególnie, jeśli przez przypadek jesteście studentami medycyny! Jeśli faktycznie tak wygląda i zachowuje się współczesny polski „mężczyzna” to zaczynam być za partenogenezą albo i zagładą rasy ludzkiej, niestety...

Żeby jednak nie dramatyzować, poznałam w czasie swojej katalońskiej podróży także trochę ciekawych i pozytywnych postaci. Na pierwszy plan wysuwa się Grek, który wskoczył na szczyt mojego rankingu greckich ciach (przebił nawet dziadka, o którym była kiedyś mowa!). Jak już możecie się domyślić była to osoba orientacji coraz ostatnio popularniejszej tj. homoseksualnej. Tak więc moje platoniczne zauroczenie właściwie a priori nie miało racji bytu. Za to przynajmniej mogę śledzić na osławionym FB rozkwit jego grecko-chorwackiej miłości ( :D HIHI). Drugą ciekawą postacią był pewien przystojny Rumun, którego walory zewnętrzne doceniła nawet V.! Oczywiście na drodze moje szczęścia stanął nie kto inny niż Pan Pralka, absorbując moją uwagę i nie pozostawiając zbyt wiele miejsca na pozytywne emocje. Więc chyba nie będzie jednak tańca pingwinów w moim wykonaniu – pozostaje więc jak zwykle niezawodny portal YT. Ale w sumie może i dobrze, w Rumunii ponoć są wściekłe psy :D

A teraz przykład, jak wszystko się komplikuje i zapętla... Otóż, prawdopodobnie przez przypadek i zupełnie nieintencjonalnie stałam się sprawczynią najgorszego romansu 2011 roku! Co więcej, jest to romans gejowski! Gdy po raz pierwszy podzieliłam się z V. moimi przypuszczeniami, była ona dość sceptyczna. Jedna pomału wszystko zaczęło się układać w dość spójną całość. Można to podsumować stwierdzeniem: „każda z tych przesłanek oddzielnie totalnie nic nie znaczy, ale razem tworzą dość klarowny obraz”. Będziemy Was, drodzy czytelnicy, informować jak ta dość kuriozalna sytuacja się rozwinie. Ba, same jesteśmy tego ciekawe!

Drugą połowę kwietnia zdominowało nietypowe zadanie V. Mam wrażenie, że od czasów pisania sprawozdań z ESN-owych imprez nic nie wymagało od niej takiego zaangażowania i wysiłku. V. została bowiem zobligowana do nagrania filmu promocyjnego swoją uczelnię. Przynajmniej w końcu miała okazję docenić celowość zakupu rodzinnej kamery! Początkowo zaszczyt nagrywania V. biegającej po wydziale i opowiadającej, jakie to wszystko cudowne i wspaniałe przypadł mnie (haaa, jestem nawet wymieniona w podziękowaniach!). Później zaangażowała także kolegów z uczelni, którzy (poza drobnymi wyjątkami) idealnie wpasowali się w klimat filmu, machając do kamery i ciesząc się niezmiernie z siedzenia przed wyłączonym komputerem i udawania, że pracują. W tym absolutnym hicie znalazł się także fragment obrazujący nową pasję V. czyli wspinaczkę. A wszystkiemu towarzyszy genialnie dobrany mix svensk postpunk i Kraftwerka! Najchętniej zapodałabym teraz linka, ale nie wiem, czy V. by się zgodziła więc pozostawię tą kwestię jej samej :)

Ależ proszę! [edit by V.]



Gdy tylko kwiecień zamienił się w maj, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Nie dość, że w czasie majówki spadł śnieg, co widać na zdjęciu niżej a ja stresowałam się mało istotnym egzaminem, zupełnie jakbym wróciła na pierwszy rok, to V. odkryła w sobie nową pasję, którą jest... tadaaaaam... fotografia! Niby zwykła rzecz, ale ileż pociągnęła za sobą konsekwencji...

Po pierwsze V. wyciągnęła najpierw mnie a później własną mamę w plener a po drugie... wróciła na FB! Ale wszystko musi być po kolei więc musimy cofnąć się do dnia 2.05.2011r. Wtedy to V. wysłała mi sms-a z zaproszeniem na leśny spacer, gdyż „chciałaby zrobić kilka zdjęć”. Skończyło się na całej sesji zdjęciowej, podczas której, co należałoby podkreślić, jedynie ja używałam trybu „Auto”. Jedna sesja zdjęciowa a trzy zdjęcia profilowe na FB – to już sukces! A na dodatek spotkałam się z zazdrosnym pytaniem, gdzie byłam w czasie weekendu majowego, że mam takie ładne zdjęcie w zieleni – myślę, że to mogło całkiem podbudować V.

Bardzo dobrze jest, jeśli potrafimy ocenić swoje niedociągnięcia i szukać wsparcia u bardziej doświadczonych w danej dziedzinie osób. Tak też postanowiła zrobić V. i to właśnie skłoniło ją do wielkiego comebacku! Otóż, na FB można podziwiać zdjęcia wykonane przez mężczyznę idealnego, z którym V. chętnie zatańczyłaby taniec pingwinów. Jednak nie każdy jest tego godzien, więc V. musiała porzucić dotychczas używane alter ego na rzecz swoich prawdziwych danych. O dziwo, póki co chwali sobie taki stan rzeczy i nawet szpieguje, kto uczy(ł) się holenderskiego.

I tym pozytywnym akcentem pozwolę sobie zakończyć moje ekspresowe podsumowanie pierwszego trymestru roku 2011! No prawie ;)

Śnieg w maju!