sobota, 7 sierpnia 2010

Waka Waka & Malta Experience

Nie dość, że ciężko mi się było zabrać za zdanie relacji z gorących lipcowych wydarzeń, to jeszcze V. mnie dobiła, przypominając mi o braku aktualizacji bloga od czerwca. Tak więc postaram się stanąć na wysokości zadania, ale nie wiem co to z tego wyjdzie, bo materiału do przetworzenia jest OGROM!

Aby zacząć dokładnie tam, gdzie skończyła V. muszę na początku nadmienić, że po wyjątkowo imprezowym ostatnim tygodniu w Suomi wróciła ona cała i zdrowa (nie był to wyjazd ze mną więc nie skończyła chora!) na ziemię ojczystą. Przez jakieś pół dnia po wylądowaniu na Okęciu emocjonowała się głównie tym, że dla odmiany rozumie, co mówią ludzie na ulicy. Przy okazji wykorzystała chyba limit szczęścia, dosłownie cudem nie tracąc na lotnisku telefonu, nie wspominając już nawet o tym, że udało jej się nie zapłacić liniom AirBaltic za bagaż!

Oczywiście po powrocie V. odbył się reunion, połączony z przekazaniem wymarzonego przeze mnie prezentu z krainy bagien tj. fińskiego chleba. V. uraczyła mnie także słowną relacją z ostatnich dwóch miesięcy, w czasie których się nie widziałyśmy. Jak bumerang powracał oczywiście temat „homo erasmus” oraz „najlepszych miesięcy w życiu”. Wielokrotnie przez opowieści V. przewijali się jej niemieccy koledzy, którzy upraszczając sprawę albo są przedstawicielami mniejszości seksualnej albo mają zdumiewające perypetie w relacjach damsko-męskich (co ciekawsze kłopoty te są związane głównie z wymiarami miednicy więc teoria p. Pawła niejako się potwierdza). Ogólnie można jednak powiedzieć, że V. miło wspominała spędzony na obczyźnie czas, jednocześnie ciesząc się z powrotu. Czyli dokładnie tak, jak powinno być

Jak powszechnie wiadomo, życie V. i mój nędzny żywot zawsze znajdują się na odwrotnych biegunach. Tak było i w czerwcu, kiedy to V. mogła się cieszyć najdłuższymi chyba w życiu wakacjami (tak, chyba nawet dłuższymi niż po maturze!), ja musiałam po raz kolejny walczyć z demonem sesji. A stąd już tylko malutki kroczek w kierunku kolejnej oczywistej oczywistości – każda sesja musi wszak mieć swą gwiazdę! Tym razem, jako że sesja do łatwych nie należała, było tych gwiazd nawet kilka... Otóż najpierw dość niespodziewanie wybawieniem od trosk dnia codziennego stało się śledzenie działalności medialnej kandydata na prezydenta Grzegorza N., który jest znany głównie z tego, że pozostawia ogryzki w cukrze oraz prowadzi (przy drobnej pomocy e-wolontariuszy) niezwykle ożywioną dyskusję ze swoimi potencjalnymi wyborcami nie gdzie indziej, ale na znanym portalu społecznościowym. Na profilu Grzesia (V. nawet dodała go do znajomych na pewien czas, co warto odnotować!) można było obejrzeć filmiki, m.in. słynny teledysk „aniołków Napieralskiego” a także dowiedzieć się, jakiej muzyki słucha na co dzień kandydat (tak, wtedy właśnie usłyszałam po raz pierwszy hit lata 2010 „Alors on danse”, który dalej budzi we mnie ambiwalentne uczucia) tudzież jakich filmów jest fanem (dla ciekawych – chodziło o „Gwiezdne wojny”). (Nie)stety moja sesja trwała do 23.06 a kampania wyborcza przed pierwszą turą zakończyła się 18.06. Płynie stąd prosty wniosek, że coś musiało wypełnić tę lukę...

I tutaj na pomoc przyszły mi Mistrzostwa Świata w piłce nożnej!! V. bez większego zastanowienia kibicowała od samego początku Niemcom, w szczególności Szwajniemu, o którym już co nieco było powiedziane na naszym starym blogu w czerwcu 2008 – tam też odsyłam zainteresowanych. Ja oczywiście dzielnie wspierałam V. w kibicowaniu, przesyłając kolejne sesyjne hity w stylu „Jogi Loew sza la la” (zresztą plagiat piosenki, którą V. ułożyła dla Szwajniego!), „Schland o Schland” czy też „Gimme hope Joachim”. Mój własny typ nie mógł jednak być tak oczywisty. Otóż w tym roku całe moje wsparcie mentalne skupiło się na reprezentacji najmniejszego kraju biorącego udział w Mistrzostwach tj. na słoweńskich junakach. Każdy logicznie myślący człowiek zapytałby zapewne, skąd ten wybór. Mówiąc szczerze, trudno odpowiedzieć na to pytanie. Z pewnością niemały w tym udział miała moja sympatia do słoweńskiej obrony, a konkretyzując do obrońcy o pseudonimie MS. Tak czy inaczej, w czasie zmagań ze straszliwą farmakologią oprócz tysięcy przesłuchań „The drug song” oraz „Waka waka”, zajmowałam się także podziwianiem zdjęć słoweńskiej reprezentacji w towarzystwie małych lewków oraz słuchaniem zagrzewającej do walki piosenki Siddharty. Nieomal zaczęłam żałować, że Słowenia była moim drugim a nie pierwszym wyborem jeśli chodzi o praktyki wakacyjne. Ale jak się później okazało moje praktyki jednak było w pewien sposób związane z tym niewielkim krajem więc nic straconego!

Gdybyście kiedykolwiek w czasie sesji chcieli sprawdzić jakie macie szanse na zdanie egzaminu, mogę polecić mój niezawodny sposób. Otóż należy... (NIE, NIE POLECAM głupawych quizzów na FB!) w czasie nauki do egzaminu grać w sapera! Jeśli uda wam się przejść pole z 99 minami – sukces gwarantowany. W moim przypadku dwukrotnie się sprawdziło! Przy tej okazji nadmienię, że ósmą już sesję zakończyłam pełnym sukcesem, co wcale nie było w tym semestrze takie oczywiste, biorąc pod uwagę sensacyjne zmiany progów tudzież zamieszanie z ogłaszaniem wyników. De facto, plotki o zdaniu przeze masakrycznego testu z leków nasennych i nie tylko potwierdziły się dopiero 4 dni temu! Żeby nic tutaj nie pominąć, dodam jeszcze że V. w tym roku osiągnęła średnią, którą można by śmiało określić jako „the best ever [czyt: evaaaaaa]”.

Po tej krótkiej wstawce odnoszącej się do egzaminów powracam jednak to tematu głównego czyli MŚ. Wspominałam już o Szwajnim, ale to wszak nie jedyna ciekawa postać w drużynie naszych zachodnich sąsiadów! Wstydem byłoby nie napomknąć chociaż o Poldim, który „jest napastnik, czuja się napastnik” a także „nie interesuja się” praktycznie niczym poza kopaniem piłki. Nie mniej interesujący jest nowy narybek Jogiego w postaci OOOzila tudzież Oezila. Jest to postać o tyle ciekawa, że jest Turkiem (no dobra, praktycznie nie jest jako że zrzekł się obywatelstwa!) a wzbudza we mnie jedynie pozytywne uczucia. Jasna sprawa, że w związku z tym V. nie pała do niego zbytnią sympatią. Aby zakończyć wątek niemiecki, dodam jeszcze, że nawet autorzy demotywatorów kradną V. pomysły i jakieś 2 dni po wypowiedzeniu przez nią słynnego żartu o Hitlerze przewracającym się w grobie, coś bardzo podobnego ukazało się na słynnym portalu. Wniosek prosty: należy realizować swoje twórcze wizje najszybciej jak się da, bo inaczej inni spiją śmietankę!

Jak już pisałam, mój ostatni egzamin odbył się 23.06. Tradycji musi stać się zadość więc zaplanowałyśmy dość skromną tym razem imprezę po sesji. Skromną o tyle, że G. nie chciała nam z wielu względów towarzyszyć. Tak więc w okrojonym gronie miałyśmy obejrzeć NAJważniejszy mecz, w którym mój ulubiony piłkarz tych Mistrzostw miał się zmierzyć z samym Rooneyem. Niestety, panujący w domu V. rozgardiasz remontowy nieco pokrzyżował jej plany i dotarła do mnie dopiero na drugą połowę. Tak więc wymieniałyśmy coraz bardziej dramatyczne sms-y dotyczące delikatnie mówiąc nie najlepszej gry junaków. Ostatecznie mecz zakończył się wygraną Rooneya, a wredni Amerykanie w ostatniej sekundzie swojego meczu strzelili gola decydującego o powrocie MS i spółki do domu. No cóż, jedni wygrywają, inni przegrywają... ŻYCIE. Nieco więcej szczęścia miał tego wieczora Szwajni. Niezależnie od wyników delektowałyśmy się tego wieczora truskawkami oraz niezłym gruzińskim(?) winem. Byłoby niemal WDŚ gdyby nie fakt, że następnego ranka jedna ze stacji telewizyjnych katowała mnie reklamami z udziałem Rooneya.

Kilka dni po napisaniu przeze mnie ostatniego testu, rozpętała się mała burza dotycząca formy ogłaszania jego wyników. Zrobiło się zamieszanie a ja byłam skłonna nawet zmieniać rezerwację biletu lotniczego. Na szczęście w końcu poszłam po rozum do głowy a jedyny mało pozytywny wniosek płynący z tej „afery” jest taki, że niestety nie każdy mężczyzna z brodą jest ogólnie spoko i w porządku!

Tak więc po drobnych perturbacjach udało mi się szczęśliwie spakować i wyruszyć w wakacyjną podróż. Jako że samolot jednej z tanich linii lotniczych (nie będę im robić kryptoreklamy!) miałam dość wcześnie rano z Krakowa, zawczasu postarałam się o możliwość przenocowania się u naszego ulubionego Gejka. V. postanowiła mi towarzyszyć w tym pierwszym etapie podróży, co było bardzo pomocne zważywszy na nie najmniejsze rozmiary mojego bagażu (a to nowość, huh?). Dwie godziny w pociągu minęły nam zaskakująco szybko, w szczególności V. która znalazła sobie idealnego rozmówcę – młodziana, który rok był na Erasmusie w Danii. Ja nie miałam w tym zacnym gronie zbyt wiele do powiedzenia więc głównie milczałam, dumając nad tym, jak to będzie na południowym krańcu Europy. W Krakowie coś nam się pomyliło i wsiadłyśmy do złego autobusu, czego efektem była wizyta na pograniczu Huty i Czyżyn (Gejek niestety nie potrafił mi wyjaśnić relacji tychże dzielnic Krakowa do dzielnic naszego skromnego miasta). Oprócz tego byłyśmy świadkami ostrej wymiany zdań między kontrolerami biletów a krakowską młodzieżą – o mało nie doszło do bójki. W końcu przy niewielkiej pomocy nawigacyjnej samego Gejka dotarłyśmy do jej mieszkania. Z całego wieczoru, całkiem sympatycznego zresztą, najbardziej w pamięć zapadła mi sałatka, którą przygotował Gejek oraz prośbę jej taty, abyśmy tak nie chichotały(!)

30.06. musiałyśmy wstać dość wcześnie. Dziewczyny zdecydowały się odprowadzić mnie na samo lotnisko. Niestety, ostatecznie padł ich plan odwiedzenia tarasu widokowego, jako że kazano im za tę wątpliwą przyjemność zapłacić całe 2 zł. Ja za to przy akompaniamencie „Czterech pór roku” Vivaldiego usiłowałam coś zrozumieć z bełkotu kapitana Antonia. Lot minął nie minął w sumie ani dobrze ani źle, za to pierwszy widok Malty z lotu ptaka muszę przyznać był zachwycający :)

Na deser zdjęcie - pomost między czerwcem i lipcem wykonane jakieś 20 metrów od mojego maltańskiego mieszkania.



Teraz przechodzę już do opisywania mojej maltańskiej przygody. Jak już ustaliłyśmy w rozmowie z V. moja relacja powinna być proporcjonalna tj. 2 akapity o trzech początkowych tygodniach oraz duuuuuuuuuuużo więcej na temat tygodnia, który spędziła u mnie w gościnie V. Tak też zamierzam uczynić!

Swój pobyt na Malcie zaczęłam nie byle jak bo od wzięcia udziału w Isle of MTV. Gościem specjalnym tej imprezy był David Guetta we własnej osobie!!! (Informacja dla niewtajemniczonych – David Guetta nie wygrał Eurowizji, co sugerował mój własny brat...) Ten francuski artysta jest na Malcie wręcz uwielbiany. Była więc cała masa ludzi a ja powiedzmy, że nawet dobrze się bawiłam. Po powrocie do mojego dużego i wypasionego mieszkania poznałam swoją współlokatorkę. Jak się okazało, nie była to jak zapowiadał mistrz Aaron szwedzka Rosjanka, ale... SŁOWENKA! Co ciekawe, już pierwszego poranka miałyśmy problemy rodem ze słoweńskiej książki tzn. jej było za ciepło a mnie za zimno. Ale jednak pokonałyśmy te drobne różnice zdań w pokojowy sposób, bez dzwonienia na policję i oskarżania się o napaść tudzież wykorzystanie seksualne, co jak się później okazało niektórym spośród innych praktykantów wydawało się dość naturalnym sposobem rozwiązywania konfliktów... Oprócz Słowenki w naszym mieszkaniu umieszczono jeszcze dwie dziewczyny z Kanady. Ogólnie muszę przyznać, że i tym razem dość szczęśliwie trafiły mi się współlokatorki. W przeciągu dwóch czy trzech dni dołączyła do nas cała reszta ludzi z wymiany. Na wyróżnienie zasługuje silna bo pięcioosobowa reprezentacja Kanady, która zaskoczyła nas głównie nadużywaniem kilka przymiotników typu „amazing”, „awesome”, „best ever” i przede wszystkim „INTENSE”.

Kilka słów poświęcę też właściwej praktyce w szpitalu – taki przecież był przynajmniej teoretycznie cel mojego wyjazdu. Jeszcze w czerwcu śmiałyśmy się z V. że pewnie skończy się na tym, że każą mi iść na plażę i z praktyki będą nici. Poniekąd przynajmniej na początku to się sprawdziło! Pierwszego dnia mojej praktyki okazało się, że mój doktor gdzieś wyjechał i nie będzie go przez ponad tydzień. Miała mnie przygarnąć reszta jego teamu (nie będę się zagłębiać w zawiłości anglosaskiego systemu opieki zdrowotnej, wybaczcie!). Jednak szybko się okazało że młodszy maltański doktor zdecydowanie woli mówić po maltańsku niż po angielsku i ogólnie chyba nie bardzo chce się ze mną komunikować w jakikolwiek sposób... Sytuacja trochę się poprawiła gdy z urlopu wrócił kolejny z podwładnych mojego consultanta – z pochodzenia Serb. Jednak i on miał swoje za uszami, twierdząc m.in. że „w Polsce kobiety muszą służyć mężczyznom” tudzież niebezpiecznie skracając dystans w czasie rozmowy. Na domiar złego kiedy w końcu pozwolili mi się umyć i przebrać do operacji... prawie zemdlałam. Nie żebym się tłumaczyła czy coś, ale mieszanka upału, wilgoci, niewyspania i huśtawki hormonalnej raczej miała w tym swój udział! Tak czy inaczej, sytuacja dramatycznie się zmieniła kiedy wrócił mój oficjalny opiekun! Zaczęłam wtedy faktycznie coś wynosić z czasu spędzonego w szpitalu, a pod koniec było już w ogóle WDŚ. Okazało się także, że mój consultant to zdecydowanie NAJprzystojniejszy Maltańczyk, jakiego dane mi było spotkać w czasie tego miesiąca (V. oczywiście drwiła z tego faktu, porównując to do wydarzeń z naszych greckich wakacji).

I w ten sposób czas na Malcie przez trzy tygodnie mijał mi na narzekaniu na zbyt małą ilość czasu spędzanego w szpitalu, smarowaniu się kremem przeciwsłonecznym 5 razy dziennie, przeżywaniu obsesji na punkcie kotów/karaluchów w wykonaniu moich współlokatorek tudzież walczeniu o chociaż chwilowy dostęp do internetu. Jednak gdy na horyzoncie pojawiła się V. wszystko uległo zmianie...

Niespodziewanie V. dość dobrze zniosła lot na Maltę! Trochę gorzej było z tolerowaniem towarzyszy podróży, ale trudno się temu dziwić. Dla mnie już kilka minut stania w tłumie polskich turystów w oczekiwaniu na pomarańczowy środek transportu do Valletty było drogą przez mękę. Szczególnie, że niektórzy turyści musieli się dzielić się swoimi pierwszymi spostrzeżeniami z pobytu na maltańskiej ziemi nie tylko ze swoimi znajomymi ale np. ze mną. Ale jako, że ostatnio pojednanie narodowe jest na topie (wiem wiem, dobry joke!), to nie będę już narzekać na naszych rodaków na obczyźnie.

Myślę, że warto chociaż jeden akapit tej przydługiej notki poświęcić maltańskim autobusom. Przed moim wyjazdem V. wyraźnie drwiła ze znalezionych przez mnie w internecie informacji, jakoby podróż tym środkiem lokomocji była „prawdziwą przygodą”. Okazało się jednak, że nie sposób nie zgodzić się z tą opinią! Już w czasie naszej pierwszej wspólnej podróży do Msidy w zachwyt wprawił V. mój sposób zatrzymania autobusu. Otóż w niektórych starszych (to też brzmi dość ironicznie bo nowych autobusów na Malcie nie uświadczysz!) modelach należy pociągnąć sznurek znajdujący się nad głowami podróżnych, co uruchamia dzwonek tuż nad głową kierowcy. Maltańskie autobusy mają ponadto to do siebie, że właściwie nie obowiązuje ich żaden rozkład jazdy, a kierowcy nie zawsze decydują się zatrzymać na każdym przystanku albo np. zatrzymują się, ale niestety nie wpuszczają nikogo z czekających na tym przystanku pasażerów... Tak więc trzeba mieć niemałe szczęście aby dotrzeć do celu w jakichś przyzwoitych ramach czasowych! Apogeum tego wszystkiego miało miejsce dokładnie w czasie mojej ostatniej maltańskiej przejażdżki. Podstarzały kierowca dostał wtedy napadu szału w związku z tym, że któreś z Kanadyjczyków chciało mu zapłacić banknotem 20 euro (jak wiadomo trzeba mieć przygotowane drobne, najlepiej zgodne czyli 0,47 euro!). Później oliwy do ognia dolała hałaśliwa grupa z Hiszpanii. Maltańczyk zaczął wtedy niemiłosiernie krzyczeć, apelują m.in. „Everybody shut up!!!!! You either shut up or you fucking get off the bus!! Everybody off the bus!!!!”. Nie tylko ja miałam wrażenie, że biedak zaraz dostanie ataku serca... na szczęście nasza medyczna ekipa nie miała okazji wkroczyć do akcji – pan pokrzyczał na kilku przystankach po czym dał sobie spokój i jakoś dowiózł nas do Paceville.

Fotki, aby udokumentować tę ważną część wyjazdu:



V. przed swoją wizytą u mnie opowiadała rodzicom jakieś głupoty o dziedzictwie kulturowym, wielowiekowej historii Malty itp. Los oczywiście spłatał jej figla, bo w czasie jej wizyty zajmowałyśmy się głównie plażowaniem, imprezowaniem i... to chyba na tyle! Oczywiście przez trzy tygodnie wszystko było (prawie) normalnie, a gdy tylko pojawiła się V. świat zaczął stawać na głowie! Otóż już podczas naszego pierwszego plażowania w pobliskiej Sliemie miałyśmy okazję podziwiać Polaków używających przedziwnej szaty do zmiany stroju (mimo że przebieralnie były jakieś 50 metrów dalej) a na ulicach kurortu pojawił się nawet Murzyn sprzedający drewniane figurki!! To był jednak dopiero przedsmak...

Dzień przylotu V. był także dniem moich urodzin. W związku z tym moje cudowne współlokatorki zrobiły dla mnie urodzinowe ciasto!! Po skosztowaniu tego smakołyku mimo początkowych oporów V. dołączyłyśmy do reszty grupy. Wieczór zakończyłyśmy na baaaardzo głębokiej dyskusji na temat religii, wiary itp. itd. na balkonie Kanadyjczyków. Dziewczyny tak mocno przejęły się tematem, że nie bardzo chciały ze mną wrócić do domu o przyzwoitej porze. W ten oto sposób musiałam ok. 1 w nocy spacerować sama po maltańskiej autostradzie a chyba jedyną osobą, która choć trochę przejęła się moim losem był... Turek. No ale cóż, po bezsennej nocy / połowie dnia spędzonej w kuchni na pieczeniu ciasta i kilku łykach alkoholu nawet najbliższe osoby widocznie stają się dość nieczułe... Na szczęście nic mnie nie przejechało i nawet nie zostałam wyrwana ze snu, jako że do późna siedziałam nad dzienniczkiem moich praktyk, który musiałam za kilka godzin dać do podpisu panu Dennisowi!

Przyjęłam za dość oczywiste, że muszę zabrać V. serca imprezowego życia Malty czyli do Paceville [czyt: paczewil]. Jednakże w moim pierwotnym zamyśle miała to być wizyta jednorazowa a stało się NIECO inaczej...

Pierwszy raz wybrałyśmy się do Paceville w towarzystwie praktycznie całej mojej grupy. Nieodłącznym elementem takich wypraw było stanie na „placu decyzji”, aby po wielkich przemyśleniach wejść do jednego z klubów, który od innych różniła praktycznie tylko nazwa... Tak też było i tamtym razem. Mimo tłumów trzynasto- i czernastolatków, megagłośnej muzyki Davida Guetty i wszechobecnych maltańskich trolli (Maltańczycy mają średnio chyba 160 cm wzrostu i raczej nie są najprzystojniesi na świecie, uwierzcie mi...) V. nawet się spodobało. Jedynie nas ranem trochę nas już zmogło więc postanowiłyśmy na chwilę usiąść. Wypatrzone wolne miejsce tuż przed klubem, w którym bawiła się moja grupa, wydało mi się wybawieniem. No i co by nie powiedzieć, była to decyzja brzemienna w skutki... Otóż okazało się że (nie)szczęśliwym trafem dosiadłyśmy się do grupki nieco podchmielonych Francuzów. Od razu wkroczyli oni do akcji, m.in. machając mi przed oczami cytrynką a V. pytając, czy chce im sprzątać w mieszkaniu. Oprócz tego z ich ust płynął potok francuskich słów, które moja kanadyjska koleżanka oceniła jako bardzo wulgarne (choć tutaj nie mogę mieć pewności, bo Chloe wydawała się dość wrażliwa jeśli chodzi o imprezowe podrywy) i szybko położyła im kres krzycząc coś w języku naszych nowych znajomych. Historia ta miała jednak swój nieoczekiwany ciąg dalszy...

Otóż nazajutrz dla odmiany udałyśmy się po południu na plażę w Sliemie. Po jakimś czasie coś mnie tknęło i zasugerowałam V. że chyba widzę owych sławetnych Francuzów. V. chyba nie do końca mi uwierzyła, za to sami zainteresowani o dziwo także nas rozpoznali. Dali nam to wyraźnie do zrozumienia, krzycząc na pół plaży coś w stylu „UHUHUUUUUUUUU!” za każdym razem, kiedy znalazłyśmy się w promieniu 5 metrów. Oprócz tego szeroko się do nas uśmiechali oraz machali. Było to przede wszystkim niespodziewane, ale przede wszystkim irytujące! Jednak nie myślcie, że to koniec historii... Otóż nasi znajomi rozpoznawali nas zawsze i wszędzie – po pijaku czy na trzeźwo, na plaży czy w Paceville... Doszłyśmy do wniosku że musiałyśmy się stać obiektem jakiegoś wewnętrznego żartu, którego istoty niestety nie odkryłyśmy. Żeby było jeszcze ciekawiej po jakimś czasie (i po kilku lub kilkunastu godzinach prażenia się na słoneczku – to mam na swoją obronę!) doszłam do wniosku, że przywódca Francuzów jest... całkiem przystojny, a właściwie NAJprzystojniejszy na Malcie, nie licząc oczywiście mojego doktora. W dodatku okrzyki godowe w stylu „uhuhuuu” czy „coucouuuuu” są jak najbardziej na moim poziomie – właściwie dochodzę do smutnego wniosku, że tylko takie sygnały odbieram... (przynajmniej teraz już wiem, że powinnam jechać albo do Skandynawii albo do Francji :P). Niestety, gdy ostatecznie zdecydowałam się odmachać przystojnemu Francuzowi, zupełnie zbiło go to z tropu. Nie bardzo miał chyba przewidzianą dalszą strategię. Cóż, widocznie to nie było meant to be... ŻYCIE!

Osobny akapit jak sądzę należy się także mojej słoweńskiej współlokatorce. Jak na przedstawicielki narodów słowiańskich przystało, dogadywałyśmy się od samego początku bardzo dobrze. Jeśli chodzi Słowenka zdumiewająco często rzucała tekstami jakby żywcem wyjętymi z repertuaru V. Wspominała m.in. o Panu z Dżungli a także mówiła jak to dobrze, że jej językiem ojczystym włada stosunkowo mała ilość osób – można do woli obgadywać ludzi, będąc zagranicą! A w dodatku, podkreślając, że ktoś się komuś podoba, używała słowa „like” jednocześnie składając ręce w słitaśne serduszko! To także poniekąd dzięki niej V. miała okazję obejrzeć byłą stolicę Malty – Mdinę. Otóż moja zaradna koleżanka załatwiła nam kierowcę, który z chęcią obwiózł nas po południowo-zachodnim krańcu wyspy, w dodatku był to kierowca rodem z Serbii! Jedyne co mogło przeszkadzać V. to arcymedyczne rozmowy, ale cóż – ja także znosiłam jej eksperckie rozmowy z innymi „fińskimi” erasmusami chociażby w hostelu w Sztokholmie!
Na wieczną pamiątkę wycieczki „na klify”:



Po klifach byłyśmy jeszcze na średnio udanej „imprezie” w okolicy Valletta Waterfront. Tutaj dla odmiany skupiają się Maltańczycy o średniej wieku oscylującej wokół 40 lat. Na uwagę zasługuje jedynie słynne komentarz Słowenki – już lepiej iść do Paceville bo tam trolle występują w tak dużej ilości, że trudno się skupić na jednym konkretnym! Mehla, mehla, trudno się nie zgodzić!

Żeby nie było, że nie zaproponowałam V. nic ambitniejszego – wspólnie zwiedziłyśmy jedną z najmniejszych ulic Europy, co ilustrują dość liczne zdjęcia (zrobione w ostatni dzień, żeby nikt się nie czepiał, że nie ma fotek!). Wielkie wrażenie zrobiła na nas szczególnie Katedra św. Jana i piękne obrazy Caravaggia! Ponadto zamówiłam nam obu wizytę w Hypogeum – pradawnej podziemnej świątyni. Niestety, każda z nas zwiedzała to skądinąd urokliwe miejsce w nie najlepszej formie: ja gdyby nie interwencja V. w ogóle bym przespała swoją kolej, natomiast V. dosiągł już w czasie jej zwiedzania tajemniczy maltański wirus. Chory był zresztą prędzej czy później prawie każdy uczestnik mojej wymiany ze mną włącznie (pierwszy raz zużyłam dosłownie wszystkie przywiezione leki!). Nawet teraz ukazują się na FB pojedyncze pojękiwania nie do końca doleczonych exchange students!

Tak na marginesie, to właśnie po raz pierwszy piszę (a właściwie wykańczam) notkę z V. (śpiewającą przeboje Robbiego Williamsa) za plecami. I to właśnie ona przypomniała mi o dość ważnym szczególe, który tak łatwo mogłam pominąć! Otóż tuż za przejściem podziemnym nieopodal naszego mieszkania, „po sąsiedzku” jak to powiedziała Słowenka, miałyśmy dość intrygujący lokal. Nie dość że wspomniana pizzeria szczyciła się dostawami na terenie całego kraju (!) to jeszcze zatrudniała pracowników, których trudno by było określić którymkolwiek z epitetów tak nadużywanych przez Kanadyjczyków. Alfred, bo o nim właśnie mowa, obsługiwał naszą trójkę któregoś upalnego wieczora. Już w pierwszych sekundach podpadł V. witając ją po... FRANCUSKU! Później było jednak coraz gorzej. Nie dość, że Alfred tłumaczył nam, że ostra pizza jest OSTRA to jeszcze obiecywał dodać jakiegoś „specjalnego składnika”. Najgorsze było jednak jego błyskotliwe pytanie „Sooooo.... you like Maltese sausage?”. Po tym dość dwuznacznym stwierdzeniu miałyśmy ochotę uciec! Jednak darmowa butelka wina i fakt, że już zamówiłyśmy jakoś nas zatrzymał. Okazało się niestety, że jeżeli Alfred faktycznie spełnił swoją obietnicę, to tym dodatkowym składnikiem musiał być tłuszcz, który dosłownie wylewał się z naszej pizzy... Jedyną pociechą był to, że zaserwowane nam wino faktycznie troszkę zaszumiało nam w głowach i świetnie grało nam się w grę o wdzięcznej nazwie „who would you rather do?”.

Było jeszcze wiele pobocznych wątków jak chociażby kupowanie belgijskiej wódki, zapraszanie pseudopolskiego Austriaka na wino czy zyskiwanie stałych maltańskich wielbicieli („I think I have seen those beautiful eyes before”) ale nie sposób tutaj wymienić wszystkiego! Pozostaje mi więc zgrabnie przejść do ostatniego wieczora, do którego świetnie pasuje określenie last but not least...

Ostatniego wieczoru V. czuła się już na tyle źle, że postanowiła zostać w domu i spróbować zasnąć. I w sumie chyba lepiej dla niej – przynajmniej nikt jej nie zarzuci, że codziennie była w Paceville! Ja za to wraz z kilkoma osobami z wymiany udałam się na ostatnie imprezowanie. Po burzliwej podróży autobusem dotarliśmy na miejsce. Nawet nie staliśmy zbyt długo na placu decyzji za to ja jakoś nie potrafiłam się rozkręcić. Z pomocą przyszła mi moja niezawodna współlokatorka, któea stwierdziła, że należy mnie... upić. Poszłyśmy do sklepu „All 4 U”, gdzie zakupiłyśmy tym razem coś innego obrzydliwie słodkie Bacardi – nie usłyszałyśmy także słynnej przestrogi o policji czyhającej na zewnątrz. A później... ogólnie rzecz biorąc bardzo dobrze się bawiłam. Aż do powrotu do domu. V. zmożona gorączką (czyżby nowa tradycja wieńcząca nasze wspólne wyjazdy?) dostał po naszym późnym powrocie jakiejś dziwnej furii. Szczytem wszystkiego była jednak nasza kłótnia w taksówce prowadzonej przez Jamesa of the taxi... Może faktycznie coś w tym jest, że nie powinnyśmy razem wyjeżdżać?!

Lot z całkiem ładnego lotniska na Malcie na całkiem nieładne lotnisko w Krakowie minął nam niezbyt przyjemnie. Nie dość, że pijani polscy turyści wracający prosto z Paceville śpiewali dość nieudolnie „Americano” to jeszcze obie czułyśmy się strrrasznie. Mój żołądek nieprzyjemnie skręcał się w czasie turbulencji (tak, były turbulencje!) natomiast uszy V. nieźle musiały jej się dawać we znaki, jako że większość czasu spędziła zgięta wpół a na koniec zapomniała swojego paszportu... Tak czy inaczej na sam koniec Malta experience zobaczyłyśmy całkiem niezłego Maltańczyka albo nasze kryteria po prostu niebezpiecznie się poszerzyły, co jest chyba bardziej prawdopodobne!

Polska przywitała nas deszczem, temperaturą dwa razy niższą niż na Malcie oraz... latem z Wikingami ostro propagowanym w Galerii Krakowskiej. Pozytywne było przynajmniej to, że tym razem V. odpuściła sobie śpiewanie „No woman no cry”!


Na zakończenie tej relacji kilka największych hitów Paceville i Malty:

1) absolutnie wszystkie hity nieśmiertelnego Davida Guetty z naciskiem na piosenkę „Memories” znaną też jako „Crazy shit” - zachęcam do obejrzenia teledysku jako że występuje tam chyba jedyny na całym globie Murzyn, który zyskał aprobatę V.

2) „Americano” w wykonaniu Yolanda & coś tam

3) „Stereo love” - rumuński hit lata 2010

4) wspomniane już „Alors on danse” - FRANCUSKIE!!! <3


To tyle od mnie... A za jakieś niecałe 15 godzin czeka mnie kolejna, tym razem niemiecka wyprawa!