czwartek, 23 grudnia 2010

Bardzo trudne zadanie

Tytułowy problem wynika oczywiście jak zwykle z zaniedbywania przeze mnie obowiązków, tzn. odkładania chwili zdania raportu z drugiej połowy 2010 roku na "później". Będę więc musiała w niejakim skrócie przedstawić wszystko to, co przydarzyło się nam od powrotu z Malty do teraz (czyli do Bożego Narodzenia).

Cofnijmy się więc w czasie do sierpnia, kiedy to N. po raz pierwszy w swym życiu - co może i powinno zadziwiać - przekroczyła naszą, nieistniejącą już co prawda, zachodnią granicę i na miesiąc zamieszkała w Badenii-Wirtembergii, a konkretnie w mieście Heidelberg, o którym krążyła legendarna piosenka o zagubionym sercu... w szczegóły tego pobytu wgłębiać się nie będę, głównie dlatego że nie znam ich wiele, a i to tylko z opowieści. Poprzestanę wobec tego na stwierdzeniu, iż po powrocie N. zaczęła w kwestii Niemiec podzielać zdanie swej słoweńskiej koleżanki, a po cichu dodam, iż w tej starej piosence reklamującej Heidelberg coś jest... ale ciiii!
Próbowałam intensywnie przypominać sobie, co ja robiłam w tym czasie, i szczerze powiedziawszy, nie jestem w stanie, po czym wnoszę, iż nie było to zapewne nic interesującego. Wiem natomiast, że jakiś czas potem, tj. we wrześniu z kolei ja pojechałam na kilka dni do Niemiec (oj! nie do Niemiec, a do BAWARII! cóż za faux pas!), z tym że moja opinia na temat tego kraju i miasta, w którym byłam, okazała się diametralnie różna od N. - a to ci nowość... udało mi się jednak nawet spotkać na kilka godzin z jednym z moich erasmusowych znajomych. Wkleiłabym fotkę, ale niestety do dziś ich jeszcze nie widzałam...

Pod koniec września, podobnie jak w zeszłym roku, do Szlumu przyjechała grupa zagranicznych studentów. Tym razem udało mi się poznać jedną osobę, ale wbrew pozorom nie był to Włoch ani Turek, ale przesympatyczna Nigeryjka studiująca w Ghanie. W trójkę pojechałyśmy na dzień do Krakowa. Zdecydowanym motywem przewodnim tego wyjazdu byli kibole - najpierw sympatycy Arki Gdynia, którzy szczelnie wypełnili pociąg z Katowic, a potem uniemożliwiali swoimi śpiewami wykonanie jakiegokolwiek telefonu w drodze z dworca na starówkę, a potem młodzi fani Ruchu Chorzów. Szczególnie jeden z nich, oględnie mówiąc, zafascynował się naszą niecodzienną towarzyszką, i droga powrotna minęła nam na chyba najbardziej kuriozalnej, trójstronnej rozmowie, jaką pamiętam. Jeśli jednak chodzi o samą wycieczkę, to była ona naprawdę udana - i ze względu na nieoczekiwaną mimo wszystko pod koniec września upalną pogodę, i samo towarzystwo oczywiście - a przy tym możliwość spojrzenia na Kraków oczami turysty z zupełnie innej strefy geograficznej. Udało nam się nawet zobaczyć na chwilę z osławionym Gejkiem, tj. zjeść obiad w tradycyjnym barze mlecznym na Grodzkiej i wymienić newsy. Dowiedziałyśmy się m.in., że Gejek rozwija znajomość z kolegą, który pracuje w samym CERNie!

A potem oczywiście przyszedł październik i zaczął się kolejny rok naszych studiów, w moim przypadku już ostatni. Na początku dziwnie było z powrotem znaleźć się w murach swej "uczelni macierzystej", ale już po kilku dniach poczułam się, jakbym nigdy nigdzie nie wyjeżdżała. Oczywiście pomijając fakt konieczności odpowiadania na nieśmiertelne "jak było na erasmusie?", padające z ust tak kolegów, jak i prowadzących. W ramach prywaty pozwolę sobie jeszcze rozwiać mit, jakoby na V roku na uczelni nic już się nie robiło... jest to może i prawdziwe w niektórych przypadkach, jednak jeśli chodzi o program specjalności Radioelektronika można by pomyśleć, że na dziewiątym semestrze studia dopiero się zaczynają. Ogólnie mówiąc, projektów z przeróżnych przedmiotów mamy do zrobienia chyba więcej, niż sumarycznie dotychczas, przez co pomimo iż sama siatka godzin jest dość potężna, nierzadko zostajemy po godzinach w "lab717"... szczerze mówiąc, zaczynam się martwić o co poniektórych kolegów, którzy byli wyraźnie rozczarowani, kiedy odwołano nam zajęcia z dzisiaj, tj. 23 grudnia.

Jeśli chodzi natomiast o N., to również jesień tego roku zaczęła pracowicie, ale w nieco może innym aspekcie. Mianowicie została prezydentem oddziału pewnej organizacji (dla porządku nie napiszę nazwy, żeby jakiś fan szpiegowania ustalił jej tożsamości; z drugiej strony, jakby ktoś chciał, to na podstawie dotychczasowych informacji już by to zrobił...). W związku z tym, oprócz ton papierkowej roboty, niemal w każdy weekend wyjeżdża "służbowo" (he, he) w przeróżne zakątki Polski. Poza tym zawiera różne ciekawe znajomości, ostatnio na plan pierwszy wyłania się postać jej sekretarza - z tego, co już usłyszałam, mogę z całą pewnością stwierdzić, iż jest to osoba nietuzinkowa... wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, pomimo raczej ambiwalentnego stosunku do siebie nawzajem, N. spędzi wraz z nim tegoroczny sierpień, i to nie byle gdzie, bo aż na Dalekim Wschodzie.

Wciąż jednak nie zahaczyłam o zdecydowanie najbardziej gorący temat tej jesieni i ziemi. I przymiotnik "gorący" jest tu jak najbardziej na miejscu, mówię bowiem o salsie kubańskiej! Tego właśnie tańca, zdecydowanie za zasługą G., zaczęłyśmy się uczyć w listopadzie. Na kursie poznajemy nie tylko coraz bardziej skomplikowane figury salsowe, ale również całą galerię typów ludzkich. Wbrew pozorom i złośliwym implikacjom, nie wszyscy uczestnicy nadawaliby się na bywalców Domu Seniora. Przerażenie N. wzbudza za to kto inny - niejaki Tomek, który według niej ma "spojrzenie pedofila" i z którym była zmuszona tańczyć całą lekcję pewnego feralnego dnia, kiedy G. wyjechała na weekend w rodzinne strony, a ja prawie nie mogłam się ruszać z powodu jakiejś dziwnej kontuzji... ja również za Tomkiem nie przepadam, chociaż może nie przypisywałabym mu tak karygodnych dewiacji, natomiast G., choć nie do końca się przyznaje, chyba go trochę polubiła. Nie Tomek jednak jest jej ulubionym salsero z Zabrza. Poniekąd zgodnie z dewizą Gejka, jeszcze z czasów gimnazjum i wakacyjnych wyjazdów na Wyspy, G. upatrzyła sobie pewnego Włocha. Co prawda Vittorio jest mały, łysy i ma ok. 60 lat oraz żonę, ale od kiedy takie drobiazgi stoją na drodze prawdziwemu uczuciu? Mówię z takim przekonaniem nie bez powodu, mam na to twarde dowody w postaci wróżby andrzejkowej z przebijaniem kartki z wypisanymi imionami potencjalnych wybranków:




Jakby tego było mało, w innej wróżbie wszystkim oprócz G. wyszło, iż odbędziemy wkrótce podróż, natomiast ona sama - nie inaczej! - zmieni stan cywilny. Łatwo zinterpretowałyśmy to jako zapowiedź wesela we Włoszech...

Wspominane wróżby andrzejkowe miały miejsce przy okazji spotkania połączonego niejako z moimi urodzinami. Najfajniejszy prezent, tj. tort z misiami Haribo w ruedzie, został sfotografowany i umieszczony nawet z odpowiednimi tagami na portalu Marka Zuckerberga.



Ogólnie było, jak zwykle, WDŚ :), chociaż z przerażeniem stwierdziłyśmy, że najwyraźniej się starzejemy, jako że tego wieczoru wódka wchodziła nam słabo (chociaż była naprawdę dobra). Podobne historie słyszałam jednak niedawno zupełnie niezależnie od pewnego kolegi, więc musi być w tym jakieś ziarno prawdy...

Pod koniec listopada miał miejsce jeszcze pewien nieprzyjemny incydent. Zostałam mianowicie ofiarą przestępstwa kradzieży (proszę się nie śmiać! otrzymałam "Kartę praw ofiary" czy jakoś tak, i lokalny komisariat dzwonił już do mnie dwa razy!) i w tej chwili nie mam jeszcze nawet dowodu osobistego... sama strata była tak naprawdę niewielka, ale pożalić się przecież trzeba, nie?

Przeglądając wysłane/odebrane SMSy (jak już wspominałam, lata nie te, i pamięć już nie ta), przypomniałam sobie jeszcze wyjątkowo urokliwą wycieczkę na weekend w rejon Wielkiej Raczy. Wypad był organizowany dosłownie na ostatni moment, i N. miała początkowo do nas dołączyć, ale wystraszyła się informacji o zepsutym ogrzewaniu w schronisku, czy coś tam... ostatecznie nie było tak źle, tzn. spać się dało, a sam wyjazd był zdecydowanie bardzo udany, zawarliśmy nawet interesującą znajomość z "pro" turystą z Bytomia i przez pół nocy byliśmy świadkami bratania się Ślązaków z Jarkiem z Warszawy.

Tym wtrąceniem zaburzyłam nieco chronologię zdarzeń, ale to i tak nie ma znaczenia, gdyż przeskoczę teraz już do wydarzeń niemal bieżących. Mamy bowiem okres przedświąteczny (de facto od kilku minut jest już Wigilia). Z nie do końca jasnych powodów, świąteczne piosenki, które niemal wszystkich ludzi doprowadzają do szewskiej pasji już początkiem grudnia, są przez N. w zdecydowanej większości autentycznie lubiane. W tym roku zaszalałyśmy i linki do kolejnych świątecznych hitów w różnych językach wrzucałyśmy sobie nawzajem na "ściany" przez ostatni tydzień (takie nawiązanie do tradycji "dnia spamu" z czasów mojej emigracji). Przebojem jednak okazał się zupełnie niespodziewanie oklepany szlagier Shakin' Stevensa Merry Christmas Everyone. Jednak z jakiejś przyczyny do tej pory nie śledziłyśmy dość uważnie teledysku do rzeczonego utworu. Wykonawca i inne występujące w nim osoby zachowują się tam co najmniej podejrzanie! Do takiego wniosku doszłyśmy wczoraj, przy konsumpcji grzańca oraz pierników i po z dawna planowanej "Wigilii w Macu".

Wydarzenie to, być może z natury swej niezbyt ambitne, postanowiłyśmy uskutecznić głównie ze względu na zakończoną właśnie promocję "Monopoly", w której obok darmowych lodów, napojów czy ciastek można było wygrać m.in. marzenie Jego Makaronowej Doskonałości, tj. iPada. W ostatnią niedzielę po raz pierwszy udało nam się na naklejkach znaleźć zamiast Stadionu Śląskiego kody uprawniające do odbioru nagrody natychmiastowej! Tak nas to rozochociło, że przez kolejną godzinę siedziałyśmy w restauracji planując, co jeszcze można by wypić/zjeść tylko po to, aby zyskać kolejne kupony... z tego też powodu zrodził się pomysł wczorajszej "Wigilii". Było jednak nadspodziewanie fajnie, bawiłyśmy się jak gimnazjalistki (nie nowość to) tworząc rysunek o nazwie nowa siec.png oraz obczajając użytkowników serwisu badoo (którego N. nie tylko jest gwiazdą, ale także, jak się okazało, znajduje w nim swoich dalszych znajomych!).

Po pewnych tematach, prawdopodobnie ważnych - tylko się prześlizgnęłam, ale jest to co najmniej do połowy celowe. Daję bowiem N. tzw. "pole do popisu" :>

Na koniec nie mogło zabraknąć muzycznego motywu przewodniego ostatnich dni... rzecz jasna przyłączam się do życzeń!!



BTW! Chcąc wpisać w wyszukiwarkę frazę "shakin", przesunęły mi się palce na klawiaturze, i omyłkowo napisałam "shalom"... Przypadek? Nie sądzę.