poniedziałek, 9 kwietnia 2012

BRB czyli wielkanocny update

Witam wszystkich (czyli w zasadzie V.) w ten uroczy, wielkanocny poniedziałek! Mam nadzieję, że nie przejedliście się, nie przesadziliście z alkoholem i że ostatnie dwa dni były dla Was ogólnie spoko i WDŚ:) Ja w sumie nie mogę na tegoroczne Święta narzekać, chociaż trochę mi szkoda, że czas umartwiania się i wyrzeczeń już minął. Za to świąteczne (poświęcone!!) zające Haribo były wyborne więc było na co czekać przez te > 40 dni!!

Jak wiadomo Święta to czas, który powinno się spędzać z rodziną. Jednoznacznie łączy się to niestety również z większymi i mniejszymi konfliktami oraz nieporozumieniami. W tym roku chyba nawet pod tym względem nie było najgorzej. V. nieco spięła się ze swoimi rodzicami w bliżej mi nieznanych okolicznościach już w Wielki Piątek. Czy miało to jakiś związek z tradycyjnym daniem z selera, którym uraczono V. po 8 godzinach samotnych męczarni w pracy? Tego niestety nie wiem. Ale od tamtej pory zapanowała już chyba względna zgoda, którą w sobotę i w niedzielę pielęgnowano przy tradycyjnym kieliszeczku i przy... rom kom!! (Aż dziw, bo na mnie V. zawsze krzyczy, gdy zniżam się do tego poziomu kina). U mnie do wymiany zdań doszło w pierwszy świąteczny dzień, ale już wszystko wróciło na szczęście do normy. Te Święta w ogóle były wyjątkowe, jako że pierwszy raz świętował z nami nowy członek rodziny – K.A.J. Celebrity. Trochę to zabawne patrzeć, jak dorośli ludzie prawie biją się o to, kto ma się nim w danym momencie zajmować. Ale ostatecznie mogę stwierdzić, że małe dzieci nie są takie złe, o ile nie są własne i nie spędza się z nimi więcej niż kilka godzin (wypada tu pozostawić miejsce na hejtowanie V... :P)

Świąteczno-wiosenny obrazek:

Ale teraz wróćmy do urwanego przez V. w ostatniej notce wątku. Tuż po synestetyczno-haremowym weekendzie V. udała się w pierwszą w swoim zawodowym życiu delegację. I tutaj niestety nie pasują mormońskie określenia, bo zdecydowanie była to podróż daleka! Wraz z dwoma monterami wybrała się V. w sam środek głuszy a dokładniej do Białowieży. Nie chcę się już zagłębiać w zawiłości wielokrotnego przekładania tej podróży oraz tego, kto i kiedy przesiadał się do tego samochodu, bo nawet tego szczerze mówiąc nie ogarniam! Ważne że V. prawie cały tydzień spędziła z żubrami, monterami i drwalami (<3). Było to dla niej zapewne cenne doświadczenie, jako że wymienieni monterzy robili jej śniadanie (czy aby nie było to śniadanie do łóżka, jak sugerowała wróżka Margolas vel Milagros??), zmywali naczynia i zadawali jej wiele życiowych pytań, m.in. czemu nie ma chłopaka oraz czy kobiety naprawdę lecą na archetypowych drwali (w odpowiedzi na to pytanie posłużyła się przykładem pewnej koleżanki, ciekawe o kogo chodziło?!). Czekały na nich również atrakcje w postaci nieoczekiwanego gradu, zakopania się w błocie i holowania przez drwala. Ogólnie brzmiało to jak niezłe wakacje ze zwiedzaniem wielkiego basenu w Kutnie w pakiecie. Ale oczywiście nie było tak pięknie i odpracować swoje też trzeba było. V. była tak zaaferowana, że nawet ostatecznie zapomniała kupić rodzicom pyszną, swojską kiełbasę. W odwecie, nie dość że wróciła do praktycznie pustej lodówki, to jeszcze usłyszała coś o konieczności dokładania się do domowego budżetu. Ale nikt nie mówił, że dorosłe życie będzie łatwe, huh?

Gdy V. wróciła z delegacji i starała się nabrać sił, ja udałam się wraz z kilkoma znajomymi na jak się okazało bardzo prowokacyjną sztukę teatralną. Tuż po spektaklu spotkałam się z V., która uraczyła mnie szczegółami delegacji wiodącej śladami jej licznej rodziny. Przebąkiwała coś o fajnym monterze, który „ponoć podrywa” i pewnie prędzej czy później będzie jej delegacyjnym kompanem. Poznałam także wiele nieznanych mi dotychczas faktów z szeroko opisywanej wcześniej imprezy. Było całkiem spoko, ale niestety zamiast hipstera naszymi sąsiadami była złota helenczańska młodzież. Ja mogłam jedynie utyskiwać na laryngologię oraz pogodę (podobnie jak wczoraj, spadł tego dnia śnieg!).

Do faktów wartych odnotowania na pewno należą moje ostatnie przystankowo-autobusowe anegdoty. Wszystko zaczęło się od pani, która była niesamowicie zbulwersowana tym, że nasz obecny premier „studiował seks”. Wielokrotnie powtarzała, że to wstyd, bo nigdzie na świecie takich studiów nie ma. Później w kontekście córki premiera padły także zarzuty „studiowania kurestwa” (prawdopodobnie dotyczyło to seksuologii klinicznej, będącej obecnie przedmiotem zainteresowania córki premiera – przyp. autorki). Wszystko jednak tłumaczyła długoletnim zażywaniem narkotyków – tutaj niestety nie zaznaczyła, czy chodzi o premiera, jego córkę czy może oboje. Kilka dni później usłyszałam dłuższą i jeszcze bardziej emocjonującą przemowę innej pasażerki. Nie będę już może przytaczać całości jej wypowiedzi (nawet nie sposób!), przejdę więc do sedna. Otóż uraczyła mnie i kilkudziesięciu innych ludzi kultową piosenką, której refren brzmi „Nasz faraon, nasz faraon, Tusek-Amon, Tusek-Amon!”. Przyznasz jednak V., że poruszanie się środkami komunikacji miejskiej ma swoje uroki, prawda? Już nie wspominając, że nie narażasz się wtedy na bycie imprezowym kierowcą ;)

Wspomnę jeszcze, że mamy z V. nowe, interesujące miejsca do odwiedzenia na kulinarnej mapie Śląska. W końcu zgodnie z poleceniami FB mamy udać się do restauracji serwującej podobno dobrą kaszę. Planujemy również, ale dopiero po Wielkiej Sesji, wizytę w miejscu serwującym najlepsze burgery na Śląsku (w dodatku jest tam miła i PRZYSTOJNA obsługa, a czy jest coś ważniejszego niż wygląd?). Może czas jednak zarejestrować się na gastronauci.pl?

I to by chyba było na dzisiaj na tyle. Jakby to powiedział mój idol, Cookie Monster: „Short but... so what?!”. Cieszmy się wiosną (… z małych rzeczy :P) i do napisania wkrótce!

niedziela, 1 kwietnia 2012

Wojna postu z karnawałem

Rysunek wyjaśniający:



I tak, moi drodzy, niepostrzeżenie minął nam kolejny miesiąc. Tym razem naznaczony wyjątkowym piętnem czasu nawracania, cierpienia i wewnętrznych przemian. Od samego początku N., za nic mając sobie moje negatywne uwagi, zdecydowała się w związku z tym zrezygnować z tych niewielu przyjemności, na jakie w życiu sobie pozwalała, mianowicie żelków i alkoholu. Solennie też obiecywała mi "pościć dla mnie o hipstera", o którym było dość obszernie w poprzedniej notce. Dzielnie trwała w tych postanowieniach przez długi czas, aż do chwili gdy... ale nie przyspieszajmy biegu wydarzeń.

Początek miesiąca nie zwiastował sporego zamieszania, które wkrótce miało nadejść. Naturalnie kontynuowałyśmy tradycję weekendowych spotkań, jednak tym razem piwo zamieniłyśmy na herbatkę tudzież w rzadkich przypadkach obrzydliwie słodkie bezalkoholowe koktaile, z powodu postu N. i mojego samochodu. Odwiedziłyśmy też znany gliwicki lokal gastronomiczny o wyraźnej lewacko-hipsterskiej atmosferze, który niedawno zmienił nazwę na Marchewkowe Pole. Wyszłyśmy jednak rozczarowane cenami i jakością żarcia, przy najbliższej okazji zdecydowane powrócić do wypróbowanego Grubego Benka. Obejrzałyśmy również bardzo babski film o wibratorze, który pomimo iż niewiele niespodzianek miał do zaoferowania widzowi zaznajomionemu z trailerem, okazał się całkiem przyjemną rozrywką niewymagającą intensywnego myślenia. Warto zauważyć, że nasze gusta filmowe są na tyle odmienne, że aż dziw bierze, jak dotąd udawało nam się wspólnie wychodzić do kina! Z tego też powodu kilka dzieł o takich bądź innych walorach obejrzałyśmy oddzielnie.

Jednak już po kilkunastu dniach Wielkiego Postu N. sprzedała mi niesamowitą wręcz wiadomość - otóż słynny Hipster z Tukana okazał się studentem jednego z niższych lat jej własnego wydziału! Zidentyfikowała go na korytarzu w przerwie którychś zajęć na podstawie znaków, w przypadku których nie może być mowy o pomyłce. Najważniejszym znakiem były jednak słowa "BYŁEM GRUBO ZROBIONY", które padłszy z jego ust, ostatecznie utwierdziły N. o tożsamości owej osoby. Muszę przyznać, że to wydarzenie mnie nieco zaniepokoiło. Bądź co bądź, w jakiś sposób dowodziło skuteczności postu!

Poza tym wszystko toczyło się w miarę normalnie, aż do dnia 17 marca, coraz częściej kojarzonego z Dniem Św. Patryka także poza Irlandią. O ile ktoś pamięta, dwa lata temu dzień ów również spędzałyśmy razem, chociaż w nieco innych okolicznościach geograficznych i kulturowych. Wieczór ten zaliczamy zresztą do wyjątkowo udanych i do dziś wspominamy kuriozalne wydarzenia z tamtego dnia. W tym roku - mogę Was zapewnić - było jeszcze lepiej. Wraz z wierną towarzyszką najbardziej GRUBYCH imprez, znaną jako G., nawiedziłyśmy jeden ze znanych katowickich klubów. Na początku nie było zachęcająco, gdyż darmowe wejście zachęciło wielu gości i pomimo wczesnej pory nie udało nam się znaleźć stolika. Na domiar złego na barze nie serwowali Guinessa, a jedynie tzw. zielone piwo.

Niedługo jednak atmosfera rozkręciła się i zaczęłyśmy się czuć coraz lepiej. Udało nam się nawet uzyskać szczątkowe informacje o długotrwałym i platonicznym uczuciu G., skierowanym do kilka lat młodszego kolegi. W pewnym momencie podszedł do nas dziwny człowiek w wieku okołochrystusowym, o ile wolno mi tak się wyrazić. Nieco bełkotliwie poinformował nas, iż za rok się żeni, i wielokrotnie przekonywał, jak bardzo kocha Ninę. Opowiadał też bardzo kiepskie dowcipy, a mnie zwyzywał od "najgorszych". Czyli w sumie nic szczególnego. Chwilę później podeszła do nas sama Nina, która o swoim narzeczeństwie nic nie wiedziała, ale sam związek z angolopodobnym Krzysztofem bardzo sobie chwaliła i dokładnie opisywała. Wkrótce zaprosili nas do swojego stolika, z czego ochoczo skorzystałyśmy. Tam wreszcie dane nam było poznać prawdopodobny powód całej tej sprytnie zakrojonej akcji zaprzyjaźnienia się. Powód ten okazał się być komornikiem o pseudonimie Harry, a jednocześnie niestety bardzo, jak się zdawało, sztywną i nietowarzyską osobą. Nina, Krzysztof i reszta ekipy postawili sobie widać za cel wyswatanie kolegi, a my "jako fajne dupy bez facetów", wydawałyśmy się idealnymi kandydatkami. Nasze zdawkowe próby rozmowy spełzały na niczym, i pomimo zapewnień Niny, iż komornik jest "najlepszą osobą, jaką zna", nie udało się z nim nawiązać nici porozumienia żadnej z nas.

Wesołe towarzystwo wkrótce nas opuściło, zostawiając kanapę tylko dla nas. W międzyczasie wraz z G. poskakałyśmy trochę po parkiecie. W tym czasie N. znalazła idealnego towarzysza rozmowy (chociaż jak sama stwierdziła później, gdyby na jego miejscu siedział pies, gadałoby im się równie dobrze). Człowiek ten był aspirującym hip-hopowcem z Wełnowca, co ponoć kilkukrotnie podkreślił, i tak bardzo zaaferował N., że spędziła z nim wiele kolejnych nocnych godzin. W międzyczasie do G. dosiadł się jakiś inny człowiek, ale niestety nie powiem Wam co dokładnie działo się dalej, gdyż sama najzwyczajniej w świecie zasnęłam.

Obudziłam się nad ranem i pierwszym widokiem, jaki ujrzałam, był strasznie zarośnięty, cherlawy mężczyzna, który bardzo chciał wiedzieć, ile według mnie ma lat. Chwilę potem jak spod ziemi wyrosła podekscytowana N., która próbowała owego pana przegnać, tłumacząc, iż "musi mi się zwierzyć" i używając argumentów w stylu "masz nawet fajną brodę, ale i tak mi się nie podobasz". Przyznam, że wciąż byłam lekko skołowana i nie do końca ogarniałam wszystkie okoliczności. Dobrze jednak (i wielokrotnie później) słyszałam historię o niesamowicie pociągającym pseudowikingu znanym również jako Kurt, na którego N. natknęła się gdzieś na sali i z którym całkiem przyjemnie spędziła okołu dziesięciu minut. Człowiek ten wyrażał się wyłącznie po angielsku (jedynym słowem wypowiedzianym w ojczystym języku było słynne już "OWSZEM") i zdawał się być niezadowolony z nieustannej paplaniny N., co z kolei jeszcze bardziej jej się spodobało. Tymczasem wełnowski hip-hopowiec, pomimo wcześniejszych zapewnień iż z N. łączy go niespotykana więź, niemająca nic wspólnego z fizyczną fascynacją (czyżby to było to słynne zjawisko friend-zoningu?), dostawał na widok Kurta palpitacji serca "i nie wiedział, co robić". Jakimś cudem udało nam się w końcu wyjść z klubu, w towarzystwie nowego przyjaciela G., który okazał się mieć na imię Robert i zajmował się projektowaniem stron internetowych (komentarz N., wcale nie dyskretny: "o nie, kolejny informatyk...").

Ale i to jeszcze nie był koniec. Gdy dotarłyśmy na stację kolejową, jakimś sposobem nawiązałyśmy znajomość ze stojącym tam chłopakiem, wypytując go o przeróżne osobiste szczegóły. Chwilę później dołączyli do nas jego koledzy i wsiedliśmy do pociągu. W środku, jak się okazało, czar N. działał dalej, gdyż jeden ze wspomnianych kolegów (o ile mnie pamięć nie myli, miał na imię Michał i z wyglądu przypominał pewną osobę z Bydgoszczy) przekonywał ją o plusach życia, w którym nic się nie robi, a nawet proponował spacery przy świetle księżyca i wpraszał się na obiad. Pod koniec trasy miała z ich strony miejsce drobna scysja z konduktorem. Było już dość ostro, do czasu kiedy N. postanowiła uspokoić swego najnowszego wielbiciela. Ku zdziwieniu chyba nie tylko moim, odparł, iż "będzie cicho tylko dlatego, że N. tak mówi". W międzyczasie jednak pociąg dotarł na naszą stację i wysiadłyśmy, zostawiając w środku rozczarowaną ekipę.

Niedziela była dla mnie (i chyba nie tylko dla mnie) ciężkim dniem. Wróciłam poturbowana, posiniaczona i z bolącym nosem, w który ktoś przypadkiem (mam nadzieję) mi przywalił. Na dodatek nie dane mi było porządnie się wyspać z powodu rychłej wizyty rodziny z Mazowsza i wyjątkowo męczących korepetycji z matematyki. Dzielnie się jednak trzymałam i nawet znalazłam dość siły, by uruchomić komputer i skomunikować się z N., która stwierdziła, iż znalazła na znanym portalu facebook swój poranny ideał. Ostatecznie okazało się, że jest to zupełnie inna osoba, lecz nie bez powodu o nim wspominam, o nie!

Kolejny tydzień mijał ospale. Niczym jakiś student albo pracownik wielkiej korporacji odliczałam nie dni, a wręcz godziny do weekendu, a pochodzenie moich siniaków wzbudzało niekłamane zainteresowanie kolegów z pracy - od jednych dostawałam deklaracje pomocy w sprawie domniemanych oprawców, inni zastanawiali się nad moimi preferencjami seksualnymi. Tymczasem na dworze rozpoczęła się prawdziwa wiosna, a N. i ja dokonałyśmy prawdziwej transakcji handlowej - sprzedałam jej mianowicie mój rower, którym m.in. poprzedniego lata zjechałam polskie wybrzeże. Przyznam, że wobec faktu wciąż nienadchodzącej wypłaty, było to dość istotne także dla moich finansów. Pensja pojawiła się wreszcie pod koniec tygodnia, a wraz z nią polecenie wyjazdu służbowego aż do Puszczy Białowieskiej.

Był jeszcze weekend. Zachęcone wyjątkowo udaną zieloną imprezą postanowiłyśmy spędzić sobotnią noc w tym samym miejscu, nie zważając na opłatę za wejście w wysokości 5 zł i gotycko/industrialowo/coś tam charakter imprezy...

Wszystko jednak zaczęło się komplikować już od sobotniego poranka. Bladym świtem odwiozłam na dworzec swoją mamę, która wybierała się do stolicy, a kolejne godziny dnia spędziłam także za kółkiem, wożąc tatę po centrach handlowych Śląska (jak się okazało, bycie sprytniejszym od GPSa nie zawsze popłaca, ale poza spalonym paliwem wielkich strat nie było). W ciągu dnia dokonałam jednak pewnych kalkulacji, które jak sądzę miały spory wpływ na przebieg wieczoru. Uświadomiłam sobie mianowicie, że mając w perspektywie kolejny samochodowy wyjazd w niedzielne przedpołudnie, do którego konieczny był brak alkoholu we krwi i chociaż kilka godzin snu, nie uda mi się wrócić z imprezy środkami komunikacji zbiorowej o wymaganej porze. Zaoferowałam się więc zostać kierowcą na tą noc.

Na początku wszystko było OK - pomimo remontu centrum Katowic nie błądziłyśmy skandalicznie długo i nawet udało nam się znaleźć miejsce do parkowania. W drodze N. straciła jednak z jakiegoś powodu humor i desperacko nawet rzuciła propozycję, aby zamiast imprezy przejść się do kościoła, po czym wrócić do domu. Ostatecznie jednak wylądowałyśmy tam, gdzie zamierzałyśmy pierwotnie. Tym razem lokal niemalże świecił pustkami, a wśród bywalców zwracały uwagę wyjątkowo wylansowane osoby, między innymi imponująca dziewczyna w superciasnym gorsecie i "wiking z facebooka", który z uwagi na charakterystyczną przepaskę na oko uzyskał wkrótce ksywkę Pirat. Wkrótce dołączył do nas Kolejny Informatyk, z którym G. kilka razy już się dotąd umówiła. Na początku było dosyć drętwo, ale z czasem nawet bitchowski duet N. i ja uznał Roberta za faceta zupełnie w porządku. N. szybko opuściło początkowe przygnębienie i wkrótce zaczęła planować zagadanie do Wikingo-Pirata, a ja oglądałam się za eteryczną dziewczyną w gorsecie.

Mimo wszystko jednak nie było tak fajnie jak tydzień wcześniej. Muzyka na parkiecie nie zachęcała do czegokolwiek, a już na pewno nie do tańca, więc po kilku minutach prób G. i ja zrezygnowałyśmy z niego w zupełności. Wśród gości lokalu zauważyłyśmy w międzyczasie Krzysztofa (od Niny - ale bez Niny) oraz kilka innych osób, które "znałyśmy z facebooka", jak Pseudoukrainiec czy "ładny chłopak od zdjęć".
Muszę przyznać, że chociaż byłam rzecz jasna zupełnie trzeźwa - a może to właśnie było powodem? - z czasem kompletnie traciłam rozeznanie we wszystkim, co działo się wokół mnie. N. najpierw zagadywała zapamiętale skrobiącego stołek młodzieńca przy barze (który, podobnie jak Michał z pociągu, charakteryzował się wyjątkowym podobieństwem do członka IFMSA). Odszedł jednak chwilę potem, obiecując co prawda "zaraz wracam" - ale jak wiadomo, ONI ZAWSZE TAK MÓWIĄ. Następnie w łazience N. wpadła na Krzysztofa, który jej - ani tym bardziej mnie - nie rozpoznał, przy czym N. nie omieszkała go zagadać ("Ty jesteś Krzysztof, i kochasz Ninę!"). Potem zniknęła i z pewnym niepokojem zaczęłam jej szukać po całym klubie. W międzyczasie w rodzącym się romansie-nieromansie G. i Kolejnego Informatyka musiało zdarzyć się coś niedobrego, o czym świadczyły kolejne wydarzenia. Kiedy wraz z G. w końcu udało nam się znaleźć N., była w towarzystwie żulowatego post-grungera, którego, jak sama stwierdziła "ewangelizowała" (czyli: krytykowała wszystko, co ów biedny skądinąd człowiek powiedział) i chwilę później dziękowała nam za interwencję, która jednakże była niepotrzebna. W odpowiedzi zaproponowałam mniej eleganckie wyrażenie tej kwestii, z którym nota bene N. się zgodziła...

Jednak, co wyjątkowo przerażające, N. zagadała dla mnie dziewczynę. Tak, tą właśnie dziewczynę. Jak się okazało chwilę później, ja i owa panna byłyśmy z tak skrajnie różnych światów, że nie miałam pomysłu (a chwilę później i ochoty) na jakąkolwiek sensowną rozmowę z nią, czym później całkiem logicznie wytłumaczyła brak jakichkolwiek szans na cokolwiek między nami. Biorąc więc przykład ze sprytnego chłopaka od skrobanego stołka, mruknęłam coś o rychłym powrocie i czym prędzej uciekłam do G. i Kolejnego Informatyka.

Dołączył do nas ewangelizowany grunger, a potem N., która w przeciwieństwie do mnie wydawała się - przynajmniej z początku - zafascynowana gorsetową laską. Wtedy wszystko działo się już naraz - N. raz po raz pytała mnie, czy jestem na nią zła i czy chcę, by mi coś kupiła, Wiking-Pirat lizał się z laską "z cyckami na wierzchu", Informatyk gdzieś zniknął, a G. się rozpłakała i powiedziała, że chce wracać do domu.
Po nie tak znowu długich negocjacjach z N. udało nam się więc wyjść na zewnątrz. Informatyk próbował jeszcze złapać G. na schodach, ona uciekła i poszła z nami, on siedział na ławce na skwerze, my kłóciłyśmy się, czy chcemy wracać do domu, czy też iść z powrotem do klubu... ostatecznie zdecydowałyśmy się sprytnie wrócić okrężną drogą, ale jego sokole oko nas wypatrzyło i raz jeszcze nas dogonił, prosząc o jeszcze jedną rozmowę z G. Była to rozmowa o ile nie ostatnia, to pewnie jedna z ostatnich, ale szczegółów tej dziwnej historii i jej jeszcze dziwniejszego zakończenia nie znamy do dziś.

Wróciłyśmy ostatecznie do klubu. N. wykazywała niesamowitą chęć towarzyszenia Wikingo-Piratowi i jego kółku przyjaciółek, nazwanych przez nas haremem, którzy jednak wreszcie udali się do domu. N. nie mogła tego przeboleć, powtarzając "Mogłam z nimi iść", na co ja błyskotliwie (i śpiewająco) odpowiedziałam MOOOOOGŁAŚ BYYYYĆ JUŻ NA DNIEEEEE!!!. W miarę zbliżania się magicznej godziny piątej rano, N. robiła kolejne wycieczki do sali dla palących, ale słynny Wiking-Kurt się nie pojawił. I wreszcie wróciłyśmy do domu.

W samochodzie padło wiele dziwnych zdań, ale na szczęście nie miałam GPSa z rejestratorem dźwięku, więc to wszystko pozostało "między nami lwami". Zresztą całe szczęście, że ktoś do mnie gadał, bo monotonna trasa i ciche dudnienie opon mogło mnie z łatwością uśpić. Ostatecznie każda z nas szczęśliwie dotarła do swojego domu i mogła się wreszcie położyć. Wreszcie.

To wszystko działo się w zeszłym tygodniu, ale chwilowo nie mam już dość mentalnej siły, aby dokończyć notkę (a szanowni czytelnicy również, jak sądzę, mogą mieć problem z dalszą koncentracją uwagi). Pozwolę więc sobie wnioski z ostatnich wydarzeń oraz przebieg kolejnego tygodnia przełożyć na kolejny odcinek!