W październiku N. rozpoczęła ostatni rok swoich studiów, natomiast ja... dalej męczyłam się z pracą magisterską. Muszę nadmienić, że podobnie jak N. w sprawie notki, ja również miałam kompleksy wobec kontrowersyjnej postaci Andersa B.B., który z zapałem napisał grube tomisko w języku angielskim. Natomiast moje wątpliwej jakości wypociny powstawały w ogromnych bólach, a co ciekawsze fragmenty tekstu okazywały się ostatecznie całkiem zręcznie przeredagowane przez mojego promotora (co podsuwa mi myśli, że na PolŚl ktoś organizuje jakieś literackie tajne komplety).
Jeśli chodzi o N. i jej organizację, to ostatecznie zrezygnowała ona z piastowania funkcji prezydenta oddziału. Może i słusznie, bo od jej opowieści o składzie zarządu głównego włos jeżył się na głowie. Dość powiedzieć, że wielokrotnie wspominany przez nas osobnik, jest teraz nie tylko szczęśliwie zakochany, ale do tego agresywnie pnie się po szczeblach kariery!
W październiku odbyły się, co warto odnotować, wybory parlamentarne o nieco szokującym wyniku. Niestety w naszym okręgu swoich list nie zarejestrował KNP Janusza K-M. Nie wypada chyba w takim miejscu publicznie afiszować się ze swoimi sympatiami politycznymi, powiem więc tylko, że większość rodziny zdawała się być gotowa mnie wydziedziczyć, kiedy przyznałam, na kogo oddałam swój głos. Obie z N. biadoliłyśmy jednak zgodnie nad niewytłumaczalnym sukcesem lewactwa tj. populisty Palikota. Zgadnijcie kto jest jego gorącym zwolennikiem... Na krótko wybuchł także fenomen "osoby o nazwisku Grodzka", jak z uporem przezywała ją N. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że obie nas zaczęto postrzegać jako osoby o poglądach skrajnie prawicowych (a więc podobnych do rewelacji opętanego Andersa z farmy grozy), gdyż moja rodzina była przekonana, że wybieram się 11 listopada do Warszawy na Marsz Niepodległości. Ostatecznie jednak stwierdzili, że dobrze że nie pojechałam, bo niechybnie zostałabym aresztowana.
Tuż po tym burzliwym wydarzeniu udało mi się zrealizować jedno z cichych acz ambitnych postanowień na rok 2011. Mianowicie, stałam się posiadaczką prawa jazdy kat. B. Sprawa ta nie była prosta nie tylko ze względu na samą drogę do wyrobienia uprawnień (która rzadko bywa krótka i przyjemna), ale i mój nie dla każdego zrozumiały plan zatajania owego faktu przed najbliższą rodziną, a nawet N. Co ciekawe, jak zresztą potwierdziły wydarzenia znacznie późniejsze, być może plan ten był z gruntu zły ze względu na osobę dziadka... ale o tym może później.
W tym samym miesiącu nieprzeciętny intelekt i wybitne osiągnięcia N. zostały też wreszcie docenione, poprzez przyznanie jej tego, co nazywa "jałmużną od Pani Prezydent" oraz... ekskluzywnym programem w lokalnej telewizji, i to z udziałem wspomnianej już Mańki w prześlicznym górniczym mundurku. Co prawda przy okazji reporter zapytał N., do której klasy chodzi, ale do takich odzywek jesteśmy już przyzwyczajone. I myślę, że nadchodzą powoli czasy, kiedy będziemy się z tego już tylko cieszyć, nie denerwować (no chyba, że chodzi o upierdliwą panią z kasy w Carrefourze, która wina nie chce sprzedać bez dowodu...).
Przy okazji nadmienię, że wybudowany ostatnio na Helence Polo Market to miejsce, które z powodu złośliwego gnoma zamierzamy omijać szerokim łukiem!
Motywem przewodnim grudnia, co w zasadzie powinno być przynajmniej niepokojące, stał się bohater szokującej swego czasu powieści American Psycho. Tym, którzy widzieli samą ekranizację, powiem od razu, że do książki ma się ona mniej więcej tak, jak komedia romantyczna do hardkorowego pornosa. Co ciekawe, podczas gdy ja poznawałam "przygody" Patricka B. w grudniu 2011, N. wypożyczyła tę książkę niemal dokładnie rok wcześniej. W grudniu również przeżywałyśmy fascynację nienowym wcale portalem Filmweb.pl, masowo oglądając i oceniając kolejne filmy. Detektywistyczny umysł N. od razu spostrzegł w moim profilu pewną regularność, co spowodowało jej dość obcesowe pytanie, czy "lecę" na Christiana Bale'a. W każdym razie, jak w niemal wszystkich pozostałych aspektach życia, nasza zgodność gustów z N. nie jest oszałamiająca, a kością niezgody chyba na zawsze pozostanie wiekopomne dzieło To właśnie miłość.
Wkrótce nadeszły święta. Dla N. były to święta wyjątkowo napięte i pełne oczekiwanie, gdyż jej brzemienna bratowa zbliżała się do rozwiązania (o kurcze! nie mam pojęcia jak to napisać, żeby nie brzmiało tak patetycznie!). Jak się jednak okazało, Kacper miał nieco inne plany co do przyjścia na świat i przynajmniej pod tym względem Boże Narodzenie było u nich spokojne. Bo całkiem spokojnie nigdy wszak być nie może... Już w przedwigilijny poranek dochodziły mnie wiadomości o kłótni na tle mycia okien i konfliktu w sprawie gości na uroczystej kolacji (która ostatecznie okazała się trzyosobowa). Cóż - rodzina...
U mnie również nie było wesoło. Najpierw 23 grudnia (urodziny Josepha Smitha, jak wie każdy dobry mormon) zostałam najwyraźniej ukarana za nie tylko ateistyczny, ale wręcz buntowniczy stosunek do Bożego Narodzenia ("nienawidzę świąt"), spędzając pół dnia w nieludzkich bólach, których źródła do końca właściwie nie znam. Następnie ubierając się na Wigilię uświadomiłam sobie, że stało się to, co dla każdej bez wyjątku kobiety na świecie jest apokalipsą: PRZYTYŁAM! Rodzina uznała ów fakt za niezmiernie zabawny, naigrywając się z mojego kilkumiesięcznego "pakowania", a tata proponował mi nawet, że może pożyczyć mi swoją koszulę. Na domiar złego nie dali mi prowadzić samochodu, na co niczym siedemnastoletnia pannica zareagowałam wrzaskiem na pół klatki NIE DOŚĆ ŻE JESTEM GRUBA, TO JESZCZE NIE MOGĘ PROWADZIĆ!!!
No i wreszcie, po świętach, ale przed sylwestrem, stało się - w końcu się obroniłam! Tak, moi drodzy, legendarna data 29 grudnia stała się już źródłem anegdot na wydziale. Ostatecznie jednak, pomimo testu systemu alarmowego w samym środku mojego egzaminu, poszło gładko i mogę się już tytułować jako mgr inż.
Sylwestra tym razem to ja spędziłam sama w domu, wypijając dosłownie jedno piwo i kładąc się spać ok. 2. Tymczasem N. wyjechała do znajomych do Warszawy (co ciekawe, był tam też znajomy gej/lewak/człowiek sukcesu/Visiting Clinical Fellow, który zresztą dał niezły popis w środku noworocznej nocy). Poza koleżankami N., z których jedna spędziła pół roku w Finlandii (i to w rejonie, gdzie organizowane są wieczorki z drwalami!) i ponoć na zabój zakochała się w jakimś Hindusie, w imprezie uczestniczyła jeszcze jedna interesująca osoba. Był to jakiś informatyk (!), którego gospodyni znała ze... spotkań kółka biblijnego. Człowiek ten był też na dodatek abstynentem i z opowieści N. mogę wywnioskować, że cechował się osobowością typowego informatyka (ale takiego, który rozmawia z ludźmi), tj. opowiadał ciągle tego samego typu średnio śmieszne żarty i uważał się za półboga ze względu na swoją wybitną znajomość C#. Mogłam jednak jechać, gdybym wiedziała, że będą takie atrakcje (plus widok sponiewieranej Pralki!).
Początkiem stycznia, czego bym się w życiu nie spodziewała, spotkałam się z kilkoma kolegami ze studiów! Było fajniej niż mogłabym przypuszczać, a co ciekawe, jeden z obecnych, którego w swoim czasie zaliczałam do najbardziej irytujących i panikarskich osób na uczelni, zaprezentował się tym razem (przynajmniej w moich oczach) dużo bardziej pozytywnie. Co ciekawe, jest to jedyna osoba z mojego roku, która zdecydowała się rozpocząć na naszym wydziale studia doktoranckie. Ale o tym akurat wiedziałam wcześniej, gdyż podczas moich wielokrotnych wizyt na wydziale w okresie jesiennym, dziwnym trafem za każdym razem na niego wpadałam...
Nowy rok od razu obfitował w rewolucyjne wydarzenia. Rano w niedzielę 15 stycznia N. stała się dumną ciocią. Pomimo jej uczucia w stosunku do małych dzieci dalekie są od "ciumkania" i ekstazy, to nowy członek rodziny budzi w niej chyba jakieś ciepłe uczucia. Niestety, rzeczonej rodziny pozostała część (szczególnie część żeńska) zachowuje się dokładnie tak, jak w najgorszych koszmarach - i chodzi nie tylko o dogłębnie roztrząsaną kwestię kupy i innych substancji fizjologicznych, ale także typowe dla późnego rodzicielstwa nadopiekuńczość i panikarstwo, które młodemu mogą chyba bardziej zaszkodzić niż pomóc. Wierzę jednak, że opamiętanie wkrótce nadejdzie, a pozytywy związane z Kacprem przesłonią wszelkie niedogodności!
Jeśli chodzi o mnie, po raz pierwszy od długiego czasu styczeń nie jest dla mnie synonimem sesji. Nie może tego powiedzieć N., z którą w zupełności się zgadzam, kiedy mówi, że jedenasta seria egzaminów w życiu to nie jest już "stan fizjologiczny". Pozostaje mi tylko wspierać ją w nierównej walce z instytucją Szlumu (zresztą mały krok naprzód został już poczyniony, a w piątek wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zostanie postawiony kolejny). I tradycyjnie już zamierzamy świętować swoje sukcesy w fast foodzie. Tym razem postanawiamy przetestować ekskluzywną restaurację Zen Thai w Platanie (hmm, może napiszemy recenzję do Gastronautów, co o tym sądzisz, N.?).
Mówię o sukcesach w liczbie mnogiej, gdyż sama też mogę coś w tej sprawie powiedzieć. Otóż chyba dla potwierdzenia tezy, że najlepsze rzeczy dzieją się przypadkiem, udało mi się dostać obiecującą pracę po nadesłaniu CV w odpowiedzi na ogłoszenie, co do którego byłam niemal pewna, że przejdzie bez odpowiedzi. Stało się jednak inaczej i dziś rano zostałam formalnie zatrudniona jako inżynier wsparcia technicznego! Jako że w wyprawie towarzyszyła mi N., nie omieszkałyśmy uczcić tego sukcesu... w Macu rzecz jasna.
Tych, którzy narzekają, że znowu każemy Wam czytać tak wiele, przestrzegam, że warto korzystać z okazji, póki można. Wszak po wprowadzeniu ACTA strona ta może zostać usunięta, bo gdzieś tam łamiemy czyjeś prawa autorskie. Używajcie więc wolności moi mili, dopóki jest Wam dana!

Bardzo, bardzo dobra notka! Ale widocznie jaki dzień taka notka :) Gratulacje jeszcze raz droga V. i to właściwie potrójne! Już nie mogę się doczekać świętowania w Zen Thai - tylko co później opiszemy? Wszak tam za bardzo żadnych bulw nie będzie chyba :P
OdpowiedzUsuńA żeby być na czasie: http://files.students.ch/uploads/a/2012/01/24/acta.jpg
Bardzo dobry obrazek! I ta domena <3
OdpowiedzUsuń