Jak wiadomo Święta to czas, który powinno się spędzać z rodziną. Jednoznacznie łączy się to niestety również z większymi i mniejszymi konfliktami oraz nieporozumieniami. W tym roku chyba nawet pod tym względem nie było najgorzej. V. nieco spięła się ze swoimi rodzicami w bliżej mi nieznanych okolicznościach już w Wielki Piątek. Czy miało to jakiś związek z tradycyjnym daniem z selera, którym uraczono V. po 8 godzinach samotnych męczarni w pracy? Tego niestety nie wiem. Ale od tamtej pory zapanowała już chyba względna zgoda, którą w sobotę i w niedzielę pielęgnowano przy tradycyjnym kieliszeczku i przy... rom kom!! (Aż dziw, bo na mnie V. zawsze krzyczy, gdy zniżam się do tego poziomu kina). U mnie do wymiany zdań doszło w pierwszy świąteczny dzień, ale już wszystko wróciło na szczęście do normy. Te Święta w ogóle były wyjątkowe, jako że pierwszy raz świętował z nami nowy członek rodziny – K.A.J. Celebrity. Trochę to zabawne patrzeć, jak dorośli ludzie prawie biją się o to, kto ma się nim w danym momencie zajmować. Ale ostatecznie mogę stwierdzić, że małe dzieci nie są takie złe, o ile nie są własne i nie spędza się z nimi więcej niż kilka godzin (wypada tu pozostawić miejsce na hejtowanie V... :P)
Świąteczno-wiosenny obrazek:
Ale teraz wróćmy do urwanego przez V. w ostatniej notce wątku. Tuż po synestetyczno-haremowym weekendzie V. udała się w pierwszą w swoim zawodowym życiu delegację. I tutaj niestety nie pasują mormońskie określenia, bo zdecydowanie była to podróż daleka! Wraz z dwoma monterami wybrała się V. w sam środek głuszy a dokładniej do Białowieży. Nie chcę się już zagłębiać w zawiłości wielokrotnego przekładania tej podróży oraz tego, kto i kiedy przesiadał się do tego samochodu, bo nawet tego szczerze mówiąc nie ogarniam! Ważne że V. prawie cały tydzień spędziła z żubrami, monterami i drwalami (<3). Było to dla niej zapewne cenne doświadczenie, jako że wymienieni monterzy robili jej śniadanie (czy aby nie było to śniadanie do łóżka, jak sugerowała wróżka Margolas vel Milagros??), zmywali naczynia i zadawali jej wiele życiowych pytań, m.in. czemu nie ma chłopaka oraz czy kobiety naprawdę lecą na archetypowych drwali (w odpowiedzi na to pytanie posłużyła się przykładem pewnej koleżanki, ciekawe o kogo chodziło?!). Czekały na nich również atrakcje w postaci nieoczekiwanego gradu, zakopania się w błocie i holowania przez drwala. Ogólnie brzmiało to jak niezłe wakacje ze zwiedzaniem wielkiego basenu w Kutnie w pakiecie. Ale oczywiście nie było tak pięknie i odpracować swoje też trzeba było. V. była tak zaaferowana, że nawet ostatecznie zapomniała kupić rodzicom pyszną, swojską kiełbasę. W odwecie, nie dość że wróciła do praktycznie pustej lodówki, to jeszcze usłyszała coś o konieczności dokładania się do domowego budżetu. Ale nikt nie mówił, że dorosłe życie będzie łatwe, huh?
Gdy V. wróciła z delegacji i starała się nabrać sił, ja udałam się wraz z kilkoma znajomymi na jak się okazało bardzo prowokacyjną sztukę teatralną. Tuż po spektaklu spotkałam się z V., która uraczyła mnie szczegółami delegacji wiodącej śladami jej licznej rodziny. Przebąkiwała coś o fajnym monterze, który „ponoć podrywa” i pewnie prędzej czy później będzie jej delegacyjnym kompanem. Poznałam także wiele nieznanych mi dotychczas faktów z szeroko opisywanej wcześniej imprezy. Było całkiem spoko, ale niestety zamiast hipstera naszymi sąsiadami była złota helenczańska młodzież. Ja mogłam jedynie utyskiwać na laryngologię oraz pogodę (podobnie jak wczoraj, spadł tego dnia śnieg!).
Do faktów wartych odnotowania na pewno należą moje ostatnie przystankowo-autobusowe anegdoty. Wszystko zaczęło się od pani, która była niesamowicie zbulwersowana tym, że nasz obecny premier „studiował seks”. Wielokrotnie powtarzała, że to wstyd, bo nigdzie na świecie takich studiów nie ma. Później w kontekście córki premiera padły także zarzuty „studiowania kurestwa” (prawdopodobnie dotyczyło to seksuologii klinicznej, będącej obecnie przedmiotem zainteresowania córki premiera – przyp. autorki). Wszystko jednak tłumaczyła długoletnim zażywaniem narkotyków – tutaj niestety nie zaznaczyła, czy chodzi o premiera, jego córkę czy może oboje. Kilka dni później usłyszałam dłuższą i jeszcze bardziej emocjonującą przemowę innej pasażerki. Nie będę już może przytaczać całości jej wypowiedzi (nawet nie sposób!), przejdę więc do sedna. Otóż uraczyła mnie i kilkudziesięciu innych ludzi kultową piosenką, której refren brzmi „Nasz faraon, nasz faraon, Tusek-Amon, Tusek-Amon!”. Przyznasz jednak V., że poruszanie się środkami komunikacji miejskiej ma swoje uroki, prawda? Już nie wspominając, że nie narażasz się wtedy na bycie imprezowym kierowcą ;)
Wspomnę jeszcze, że mamy z V. nowe, interesujące miejsca do odwiedzenia na kulinarnej mapie Śląska. W końcu zgodnie z poleceniami FB mamy udać się do restauracji serwującej podobno dobrą kaszę. Planujemy również, ale dopiero po Wielkiej Sesji, wizytę w miejscu serwującym najlepsze burgery na Śląsku (w dodatku jest tam miła i PRZYSTOJNA obsługa, a czy jest coś ważniejszego niż wygląd?). Może czas jednak zarejestrować się na gastronauci.pl?
I to by chyba było na dzisiaj na tyle. Jakby to powiedział mój idol, Cookie Monster: „Short but... so what?!”. Cieszmy się wiosną (… z małych rzeczy :P) i do napisania wkrótce!
Fajna tradycyjnie świąteczna notka, chociaż szkoda że tym razem tak krótko (z drugiej strony mało czasu upłynęło od ostatniego raportu więc i pisać nie bardzo jest o czym). Tak czy inaczej teraz postu już nie ma, i ja w przeciwieństwie do autorki powyższej notki wcale się nie martwię. Niestety nie możemy chyba liczyć na szczęście w tym roku, a to z powodu ignorowania przez nas i naszych towarzyszy głupiego dyngusowego zwyczaju. Pozostają przepowiednie Margolas!
OdpowiedzUsuń