czwartek, 22 września 2011

Długo oczekiwany update

Właśnie skomplikowany splot przypadków sprawił, że doszłam do niesamowicie odkrywczego wniosku – naprawdę WARTO pisać bloga! Tak więc w końcu siadam i piszę. Nie powinnam przy tym w ogóle narzekać, że tak dużo mam do opisania – przecież niektórym chciało się napisać ponad 1500 stron manifestu (podobno połowa to Ctrl+C, CTRL+V, ale mimo wszystko 750 stron własnej twórczości to i tak powód do dumy!).

W chwili obecnej znajdujemy się z V. właściwie na ostatniej prostej naszej edukacji. To znaczy V. zajmuje się pisaniem pracy magisterskiej, natomiast przede mną już ostatni rok studiów. Oczywiście, jak zawsze, mamy do tego faktu zgoła inne podejście. Mnie jednak robi się trochę przykro, że to już koniec studenckiego życia, długich wakacji i mimo wszystko jakiejś beztroski. Natomiast V. w ostatnim roku zapałała żywą niechęcią (by nie powiedzieć nienawiścią) do wszystkich studentów! Właściwie słowo „studenci” to ostatni najgorsza obelga, jaką stosuje. Przy czym chciałabym uspokoić tych, którzy mają tego pecha, że należą do braci studenckiej. Według V. „student to stan umysłu”. Tak czy inaczej lipcowe wypadu do Gliwic celem odwiedzenia swojego promotora były dla V. źródłem rozkoszy, jako że na uczelni NIE BYŁO STUDENTÓW a windy przyjeżdżały jak na zawołanie. Wszystko byłoby WDŚ :) ale jednak tą sytuację można by przyrównać do lekarza (pojadę ze swojej działki), który mówi, że jego praca byłaby wspaniała, gdyby nie ci pacjenci... A tak się (nie)stety nie da i tyle w temacie!

W maju i w czerwcu tego roku ja męczyłam się chyba z najgorszym demonem sesji natomiast V. w przerwach między pisaniem swojego dzieła coraz bardziej rozkręcała rowerową pasję. Moje kolejne sukcesy egzaminacyjne świętowałyśmy tradycyjnie w BK. W drugiej połowie czerwca V. postanowiła zafundować sobie bardzo aktywny wyjazd nad polskie morze. Doszły mnie słuchy, że wraz ze swoją licealną koleżanką przejechały na rowerach jakieś 500 km! Sądzę, że dużą motywacją była dla niej podejrzewana przez wszystkich obecność Szwedo-Polaka. Oczywiście sprytnie nie robili sobie wspólnych zdjęć (przynajmniej oficjalnych), jednak ani ja ani rodzice V. nie daliśmy się przechytrzyć! Jeśli przyjrzeć się dobrze, staje się jasne, że fotografia przedstawiająca mężczyznę uprawiającego windsurfing pokazuje właśnie wymienionego już S-P z Oslo. Wyjazd ten był również o tyle istotny dla dalszego rozwoju wypadków, że V. w jakiś dziwny sposób stała się ekspertem i źródłem mądrości dla brata mojego kolegi z liceum, z którym UMÓWIŁA SIĘ PRZEZ INTERNET! V. musi być jednak od niego znacznie bardziej doświadczona, jako że nie stworzyła po swoim wyjeździe czegoś na kształt wypracowania szkolnego, opisującego, ile doświadczenia i mądrości życiowej można nabrać przez tydzień.

Ostatnimi czasy V. jest nad wyraz aktywna (nie wiem, czy to czasem nie jest strategia „co by to zrobić, żeby nie pisać magisterki?”). Nie dość, że chodzi ze mną na 10-kilometrowe spacery (które czasem kończą się niemożliwością wejścia do własnego domu), jeździ na rowerze jak opętana to jeszcze zapisała się do klubu fitness. Chodzi tam na wszelakie zajęcia, ale z tego co zrozumiałam to najbardziej spodobała jej się zumba! Podsyła mi tym samym m.in. takie linki.Zresztą przezentowany w tym krótkim klipie wakacyjny hit jest chyba ostatnio jej ulubioną piosenką. Ja oczywiście znałam go już w maju więc chociaż pod względem muzyki rozrywkowej wszystko pozostaje po staremu!

Tak tylko, żeby nikt nie myślał, że ja się obijam, nadmienię o zbliżającym się sprawdzianie mojej formy w postaci półmaratonu. To wydarzenie ma mieć miejsce już za 10 dni. Staram się nastawiać pozytywnie, ale mocno ściskane kciuki na pewno by nie zaszkodziły!

Nie wiem, czy wspominałam już o tym w poprzedniej notce, ale przed wakacjami V. uraczyła swojego kolegę ze studiów stwierdzeniem, że „nie chce jej się z nim gadać a jego pomysł na wakacje jest głupi”. Nawet jak na jej cięty język było to dość okrutne. Jednak dość szybko uspokoiła mnie, że przynajmniej w tym roku nie usłyszę od niej podobnych słów. No i muszę przyznać, że istotnie mój tegoroczny plan na wakacje był całkiem niegłupi! Miałam szczęście spędzić cały lipiec w stolicy Tajwanu (dla niewtajemniczonych - nieduża wyspa nieopodal Chin). W ciągu tego miesiąca zakosztowałam specjałów tajwańskiej kuchni, m.in. kaczej krwi w formie dziwacznej galaretki, zupy ze świńskimi jelitami czy pysznego mleka sojowego, którego zostałam fanką. Zmieniłam także totalnie zdanie na temat Azjatów (niestety na gorsze), na co miała z pewnością niemały wpływ legendarna już historia z komarami w tle. A także zakochałam się w tamtejszej naturze. Jednak niedaleko pada jabłko od jabłoni i nawet się nie spostrzegłam, kiedy zamiast robić zdjęcia kwiatków dla mamy zaczęłam sama szaleć na ich punkcie :D Oprócz tego przełamywałam swoje lęki, jeżdżąc codziennie sama windą, używając kolejki linowej a także wjeżdżając na szczyt Taipei 101! W kolejce linowej na wzgórze Maokong miał zresztą miejsce podryw roku. Oczywiście jak zwykle nie skorzystałam ze swojej szansy, ale cóż zrobić!

Na Tajwanie byłam przede wszystkim (przynajmniej takie było założenie) w celach edukacyjnych. Tak więc spędziłam całkiem sympatyczny miesiąc na oddziale ginekologii i położnictwa, gdzie ku mojemu zaskoczeniu, wcale nie rodziło się za dużo dzieci. Za to te, które się rodziły, były wybitnie słodziutkie! Coś musi być na rzeczy, bo polskie noworodki, które mogłam obserwować na pediatrii w ogóle tak na mnie nie wpływały. Widocznie zawsze chcemy tego, czego nie możemy mieć, bo żółte dziecko mogłoby się stać moim udziałem chyba wyłącznie w wyniku porwania lub skorzystania z banku spermy, niestety...

Po uroczym miesiącu na drugiej półkuli wracałam do domu ze szczerą chęcią niemarudzenia! Jednak w naszym kraju jest to chyba niemożliwe, o czym przekonali mnie już zawczasu pracownicy LOTu i Okęcia. 14 godzin to jak widać zdecydowanie za mało, żeby przełożyć bagaże w odpowiednie miejsce. Jednak poza chwilowym podenerwowaniem wyszło mi to nawet na dobre, jako że nie mój pełen tajwańskich pamiątek bagaż przywiózł mi do domu kurier następnego dnia a ja mogłam pędzić (hehe...) ekspresem do domu bez żadnego obciążenia.

Możecie się domyślić, że w czasie mojego pobytu na Tajwanie, miałam lepsze rzeczy do roboty niż śledzenie, co się dzieje na świecie. Moja chwilowa ignorancja poskutkowała tym, że w poniedziałek 25. lipca sprawdzając pocztę zastanawiałam się kim jest „ten facet w głupim mundurze z wielką giwerą” i czemu jest na stronie głównej właściwie każdego portalu internetowego? Możecie się łatwo domyślić, że chodziło o Andersa B. Breivika czyli zamachowca z Oslo. Ta interesująca postać w nie do końca jasny sposób stała się motywem przewodnim moich rozmów z V. w sierpniu. Naprawdę, nie pytajcie mnie, jak to się stało, ale dosłownie wszystkie tematy prowadziły właśnie do Andersa! Czytałyśmy pamiętnik Andersa zawarty w jego wspomnianym już manifeście (ze wzmianką o polskich kafelkarzach włącznie) a także wszystkie notatki prasowe, również te z fakt.pl i se.pl, co pozwoliło nam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy Anders (32 l.) jest opętany, przystojny itp. Dodatkową inspiracją był film zmontowany naprędce przez Discovery, z którego zaczerpnęłyśmy kultowe hasło "ale to nieprawda, bo na wyspę płynie morderca". Nie wiem, czy słyszeliście o setkach listów (miłosnych), które docierają do Andersa z różnych stron świata. Jestem prawie pewna, że i V. miała w tym swój udział! Wszak wszystkie znaki na niebie i ziemi, łącznie z nazwą jej ulicy oraz imieniem ulubionego ostatnio pisarza jasno na to wskazują...

Na koniec obiecana w poprzedniej notce kontynuacja wątku homosiowego romansu! Otóż, moi drodzy, on trwa nadal!!! Co prawda wedle wszelkich zebranych przeze mnie strzępków informacji oraz tego, co mówi mój zdrowy rozsądek, wiedzie to niechybnie to szlochów tudzież bardziej dramatycznych rozwiązań... Ale póki co gruchają sobie jak dwa gołąbki a także piszą fantastyczne recenzje odwiedzanych wspólnie restauracji, opisując m.in. różne rozmiary i stopnie przypieczenia bulw ziemniaczanych.

Tak to już chyba jest, że albo układa się na wszystkich płaszczyznach życia, albo w żadnej. Doskonałym przykładem tej prawdy jest GEF, który nie dość, że kwitnie w swojej mad love to jeszcze został visiting clinical fellow w jednym z renomowanych londyńskich szpitali! Śmiem twierdzić, że to siła mad love obroniła także jego dzielnicę przed falą zamieszek rozlewającą się w stolicy UK! A na nieśmiertelnym portalu społecznościowym założonym przez Dear Zuckerberga można było podziwiać coraz bardziej homosiowo-wykrzywione fotki GEFa a także listę miejsc które odwiedził w formie kolejnych „like”.

Obym była złym prorokiem, bo w sumie czemu miałybyśmy życzyć komuś, aby jego (pozorne) szczęście go opuściło, huh?

Skoro już jesteśmy przy temacie homosi, trudno byłoby nie nadmienić o kolejnej absolutnej gwieździe mijających tygodni czyli Robercie Biedroniu! Ten człowiek był chyba tematem nr 2 naszych rozmów, a ja nawet nauczyłam się prawie idealnie naśladować jego pretensjonalny sposób wymowy... Gdybyście chcieli dowiedzieć się więcej o anonimowym gejowskim seksie tudzież o wielkiej, trwającej 8 lat miłości pana Roberta to zapraszam do zapoznania się z tym filmikiem.

Muszę się jeszcze poskarżyć, że ostatnio prześladowała mnie seria straszliwych snów. Bohaterem chyba najbardziej kuriozalnego z nich był właśnie Robert B., który w zielonym ornacie rozdawał zgromadzonym w kościele wiernym Biblię „Forbes” a następnie zamienił się w barmana, polewającego wszystkim swojego autorskiego drinka o nazwie cola-orzechówka. Oprócz tego śniło mi się, że usilnie (ale za to skutecznie) podrywałam brytyjskiego premiera Davida Camerona a także, że obrażona na mnie V. o 4 nad ranem postanowiła nocować u swojego wykładowcy o dość niecodziennym imieniu, nie widząc w tym absolutnie nic zdrożnego... I nie, nie mam w zwyczaju jeść ciężkostrawnych potraw tudzież pić alkoholu tuż przed snem!

Myślę, że warto jeszcze wspomnieć o wrześniowym spotkaniu w grodzie Kraka, na które ja dotarłam po zwiedzaniu Kazimierza z grupą zagranicznych studentów natomiast V. prosto z Cieszyna i to ze swoim wypasionym (nowym!) rowerem. Bardzo przyjemnie gawędziło nam się z naszym Gejkiem, chociaż widać ewidentnie, że nasze drogi gdzieś się po drodze rozeszły. Ciekawa jestem, czy pełna atrakcji (kawa + lody) wyprawa do Lwowa doszła w końcu do skutku. O to i o dalsze losy pani bufetowej będziemy musiały zapytać następnym razem.

Coś stosunkowo mało mi dzisiaj wyszło tej notki, co jedynie dowodzi po raz kolejny, że trzeba pisać częściej, bo lata już nie te i wszystko szybko ucieka z pamięci!

Na deser ulubione zdjęcie V., której życzę z całego serca szybkiego końca magisterskiej udręki!

PS. Zauważcie moje postępy - nie dość, że umiem wstawiać fachowo zdjęcia to i z linkami zaczynam sobie radzić!

niedziela, 8 maja 2011

Jeszcze trudniejsze zadanie...

Jak powszechnie wiadomo – jaki Sylwester taki cały rok. Stąd też wypada mi zacząć historię tego, co do tej pory przydarzyło nam się z V. w 2011 r. od opisu naszego (tym razem osobnego) Sylwestra. Plany, jak powitać rok 2011 zmieniały się dosłownie jak w kalejdoskopie. Zaczęło się od szalonych planów wyjazdu do Sztokholmu, by o północy być na Slussen i świętować ze Szwedami a potencjalnie także z Alehem, który niestety nie odpowiedział na zawierającą między innymi kilka „:*” wiadomość od V. na Facebooku (rzecz jasna była to wiadomość mojego autorstwa). Po upadku tego pomysłu, pojawiły się alternatywy w postaci m.in. Kopenhagi czy Oslo. I gdy już prawie na coś się zdecydowałyśmy, V. otrzymała propozycję wyjazdu do stolicy Węgier celem spotkania ze swoimi erasmusowymi znajomymi. Takich okazji się nie przepuszcza więc V. zamiast na północ zdecydowała się pojechać na południe, co w sumie jest dla niej dość mało typowe. Ja w tym samym czasie brałam pod uwagę opcje wyjazdu do kilku polskich miast, towarzyszenie V. oraz opcję anty-Sylwestra w domu z lampką wina i dobrą książką. Nie wiem, czy jeszcze ktoś to pamięta, ale nasz poprzedni sylwestrowy wyjazd skończył się moją dość wysoką gorączką i śpiewaniem pieśni o księciu ciemności. Nie chciałabym dramatyzować, ale to chyba jakaś moja mała 'klątwa' bo w tym roku było podobnie... Otóż, moje plany sylwestrowe musiały się ograniczyć do leżenia w łóżku i oglądania niezliczonej ilości filmów, jako że tuż po Świętach obudziłam się z gorączką i wszelkimi innymi symptomami grypy.

Tak więc 31.12 V. zwiedzała Budapeszt w towarzystwie Węgrów i dość kontrowersyjnej polskiej pary. Podobno pogoda wyjątkowo wręcz nie sprzyjała turystom, co przełożyło się bezpośrednio na ilość zdjęć. Ja tymczasem odkryłam skarbnicę mądrości w postaci serialu o wdzięcznej nazwie How I Met Your Mother – V. może zaświadczyć, że w chwili obecnej do każdej sytuacji potrafię przyporządkować jakąś anegdotę z tego arcydzieła gatunku. W wolnej chwili obejrzałam także w końcu Lśnienie i kilka innych filmów. W okolicach północy byłam już dość zmęczona, ale tradycji musiało się stać zadość – urządziłam więc małą imprezę z YT. Tymczasem w węgierskim towarzystwie działo się nie najlepiej, sądząc po sms-ie V. która rzekomo zazdrościła mi towarzystwa YT. Na szczęście później, głównie za sprawą skradzionego tokaja, o ile dobrze zrozumiałam, impreza nieco się rozkręciła a puszczane przez V. hity poderwały wszystkich do tańca.

W skrócie można by więc powiedzieć, że Sylwester nie był ani dobry ani zły czyli w sumie powróciłyśmy do punktu wyjścia :)

Styczeń minął szybko chociaż nie do końca bezboleśnie, bo pod znakiem sesji. Była to o tyle znamienna sesja, że dla V. jak wskazują wszystkie znaki na niebie i zmieni – ostatnia! Nie zauważyłam, żeby ją ten fakt jakoś szczególnie martwił co jest w gruncie rzeczy .

Trudy sesji trzeba sobie jakoś wynagradzać. W związku z tym wybrałyśmy się z V. do pobliskiej palmiarni. Dla mnie była to pierwsza taka wyprawa, ale muszę przyznać, że wrażenie jak najbardziej pozytywne. Szczególnie podobały nam się zwierzątka w postaci m.in. żółwiaka oraz kilku wielkich jaszczurów. Niestety, żeby nie było tak cukierkowo, braki w ogładzie i wiedzy ogólnej zawsze wyjdą na światło dzienne... Gorzej jeśli uświadamia nam to... przypadkowo napotkany sześciolatek!! Rzeczony młodzian raczył dość pogardliwie skomentować nieopatrzny komentarz V. o robalach - „chyba OWADY”. Śmieszyło mnie to niezmiernie, dopóki nie spotkałyśmy małego mądrali przy akwarium z aksolotlami, które według mnie są bardzo ciekawe, głównie ze względu na to, że są 'stadium pośrednim między czymś a czymś”. Cóż, TILATS jak mawiał klasyk.

Żółwiak

Kolejną formą świętowania stał się wypad do... restauracji typu fast food, której w żaden sposób nie chcę tutaj reklamować więc nie będę używać pełnej nazwy a jedynie skrótu „BK” (nikt nie wie o co chodzi, prawda?). Oczywiście, szybko okazało się, że owa restauracja ma jakieś podejrzane powiązania z samym księciem ciemności (nie mogłam znaleźć oryginalnego wideo więc w zamian jest zupełnie nowe ale też niezłe :)! W sumie te czarne stroje obsługi nie wzięły się z niczego, o nie! Dotychczas byłyśmy tam z V. już trzykrotnie! Najbardziej godna odnotowania była wizyta numer 2, której bohaterem był obsługujący mnie kierownik zmiany – mistrz bajerowania klientów. Z prostej wydawałoby się czynności przygotowania dla mnie zestawu z whooperem uczynił wielką sprawę. Nawet trudno oddać cały komizm tej sytuacji – wtedy jeszcze nie kręciłyśmy z V. filmów, niestety. To był błąd pierwszy, drugi polega na tym, że trzeba było to od razu opisać, bo teraz już nawet nie pamiętam jego imienia. Cóż, TILATS. Na pocieszenie, kolejny kultowy filmik o podobnej tematyce.

Gdzieś w okolicach lutego stała się rzecz przełomowa – V. wyciągnęła mnie do najt klabu (where is the najt klab?) i do w dodatku na imprezę w sukienkach!! Zabawy nie zepsuło nam nawet przejmujące zimno lutowego wieczoru ani prawie dwugodzinna podróż do stolicy naszej wspaniałej aglomeracji. A później było już właściwie jak zwykle... czyli WDŚ:) Dość istotny był żółty akcent tej imprezy – mniej więcej 1/3 gości lokalu stanowili bowiem Tajwańczycy! Do tej pory trudno mi w gruncie rzeczy określić, czy żółtki kręcą mnie jak cholera czy tylko wzbudzają we mnie jakieś rozczulenie podobne do tego, co odczuwam na widok małych lisków, ocelocików czy innych zwierzątek. Weird, huh? Tak czy inaczej największe wrażenie zrobił na nas żółtek-spiderman, który dosłownie biegał po ścianach. Żółtki nawet do nas zagadały i to niejeden raz, mówiąc coś w stylu „czeszcz” chociaż w nieco inny, żółty sposób.

„Żółty” motyw zdecydowanie zdominował pierwszą połowę tego roku. Oprócz imprezowania w tak doborowym towarzystwie, baczną uwagę zwróciłyśmy (zwróciłam??) także na pracowników kilku azjatyckich lokali, m.in. czesko-chińskiej sieciówki o wdzięcznej nazwie Guty (to prawie jak Gluty, prawda?!). Ale to jeszcze nie koniec... Płynnie przeskakuję do podania dość istotnej informacji!

Otóż w tym roku przypadła mi w udziale możliwość wyjechania na dość egzotyczną praktykę bo... na Tajwan! Mimo początkowego zamieszania i wielu niedomówień, w chwili obecnej w sumie cieszę się z takiego obrotu spraw. Trochę mógłby mój entuzjazm zakłócić komentarz jednej z koleżanek o nakładaniu pewnych przedmiotów na ziarnko ryżu, ale przecież ja tam jadę DO PRACY więc absolutnie mi to nie przeszkadza. Jedyną rysą na tej idealnej wizji wakacji jest brak jedzenia, które byłabym w stanie tolerować oraz wybitnie niesprzyjająca mi pogoda. Ale co tam – raz się żyje. A według niektórych, to super nie jeść przez miesiąc – i niestety autorem tych słów bynajmniej nie jest nastoletnia panienka!

Bardzo obfitującym w wydarzenia miesiącem okazał się kwiecień. W pierwszej połowie miesiąca mnie nałożyły się dwa wyjazdy. Krótszy, weekendowy wypad do grodu Kraka pozwolił mi m.in. na spotkanie z dawno niewidzianym Gejkiem. Podzieliła się ona ze mną swoimi refleksjami na temat Czesława Mozila, randek w stylu „Titanica” oraz wielu innych ciekawych spraw. Było prawie jak za dawnych lat! I nawet poszłyśmy razem z Gejkiem tańcować ;)

Tuż po powrocie z Krk, musiałam się szybko przygotować na tygodniowy wyjazd do Katalonii. Nie będę się tu rozwodzić nad pięknem hiszpańskich krajobrazów czy smakiem sangrii – o tym możecie sobie poczytać gdzie indziej. Wolałabym się raczej skupić na gwoździu programu czyli dziwnym człowieku o nadanym dzisiaj przez T9 pseudonimie „Pralka”. Kilka razy był on już wspominany na naszym blogu, a moje nastawienie do niego, jak to matematycznie ujęła V., przypominało sinusoidę. Po tym wyjeździe, na którym to „zniszczyłam taką dobrą relację” (cytat nie pochodzi z żadnej telenoweli, niestety!) obawiam się że moja opinia o tym osobniku osiągnęła stan permanentnego dna z dziurą. Nie ma jednak tego złego... Pan Pralka stał się definitywnie kopalnią anegdotek, a nawet przebił wyznawcę Boga Ciepła i Zimna! Trudno mi teraz przywoływać wszystkie przykłady, nadmienię więc tylko może, że gdyby ktoś przy Was przez kilka minut ewidentnie się dusił, nie wypada zrobić nic innego jak skomentować „ale dobre małże” i zajmować się dalej swoim jedzeniem. Szczególnie, jeśli przez przypadek jesteście studentami medycyny! Jeśli faktycznie tak wygląda i zachowuje się współczesny polski „mężczyzna” to zaczynam być za partenogenezą albo i zagładą rasy ludzkiej, niestety...

Żeby jednak nie dramatyzować, poznałam w czasie swojej katalońskiej podróży także trochę ciekawych i pozytywnych postaci. Na pierwszy plan wysuwa się Grek, który wskoczył na szczyt mojego rankingu greckich ciach (przebił nawet dziadka, o którym była kiedyś mowa!). Jak już możecie się domyślić była to osoba orientacji coraz ostatnio popularniejszej tj. homoseksualnej. Tak więc moje platoniczne zauroczenie właściwie a priori nie miało racji bytu. Za to przynajmniej mogę śledzić na osławionym FB rozkwit jego grecko-chorwackiej miłości ( :D HIHI). Drugą ciekawą postacią był pewien przystojny Rumun, którego walory zewnętrzne doceniła nawet V.! Oczywiście na drodze moje szczęścia stanął nie kto inny niż Pan Pralka, absorbując moją uwagę i nie pozostawiając zbyt wiele miejsca na pozytywne emocje. Więc chyba nie będzie jednak tańca pingwinów w moim wykonaniu – pozostaje więc jak zwykle niezawodny portal YT. Ale w sumie może i dobrze, w Rumunii ponoć są wściekłe psy :D

A teraz przykład, jak wszystko się komplikuje i zapętla... Otóż, prawdopodobnie przez przypadek i zupełnie nieintencjonalnie stałam się sprawczynią najgorszego romansu 2011 roku! Co więcej, jest to romans gejowski! Gdy po raz pierwszy podzieliłam się z V. moimi przypuszczeniami, była ona dość sceptyczna. Jedna pomału wszystko zaczęło się układać w dość spójną całość. Można to podsumować stwierdzeniem: „każda z tych przesłanek oddzielnie totalnie nic nie znaczy, ale razem tworzą dość klarowny obraz”. Będziemy Was, drodzy czytelnicy, informować jak ta dość kuriozalna sytuacja się rozwinie. Ba, same jesteśmy tego ciekawe!

Drugą połowę kwietnia zdominowało nietypowe zadanie V. Mam wrażenie, że od czasów pisania sprawozdań z ESN-owych imprez nic nie wymagało od niej takiego zaangażowania i wysiłku. V. została bowiem zobligowana do nagrania filmu promocyjnego swoją uczelnię. Przynajmniej w końcu miała okazję docenić celowość zakupu rodzinnej kamery! Początkowo zaszczyt nagrywania V. biegającej po wydziale i opowiadającej, jakie to wszystko cudowne i wspaniałe przypadł mnie (haaa, jestem nawet wymieniona w podziękowaniach!). Później zaangażowała także kolegów z uczelni, którzy (poza drobnymi wyjątkami) idealnie wpasowali się w klimat filmu, machając do kamery i ciesząc się niezmiernie z siedzenia przed wyłączonym komputerem i udawania, że pracują. W tym absolutnym hicie znalazł się także fragment obrazujący nową pasję V. czyli wspinaczkę. A wszystkiemu towarzyszy genialnie dobrany mix svensk postpunk i Kraftwerka! Najchętniej zapodałabym teraz linka, ale nie wiem, czy V. by się zgodziła więc pozostawię tą kwestię jej samej :)

Ależ proszę! [edit by V.]



Gdy tylko kwiecień zamienił się w maj, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Nie dość, że w czasie majówki spadł śnieg, co widać na zdjęciu niżej a ja stresowałam się mało istotnym egzaminem, zupełnie jakbym wróciła na pierwszy rok, to V. odkryła w sobie nową pasję, którą jest... tadaaaaam... fotografia! Niby zwykła rzecz, ale ileż pociągnęła za sobą konsekwencji...

Po pierwsze V. wyciągnęła najpierw mnie a później własną mamę w plener a po drugie... wróciła na FB! Ale wszystko musi być po kolei więc musimy cofnąć się do dnia 2.05.2011r. Wtedy to V. wysłała mi sms-a z zaproszeniem na leśny spacer, gdyż „chciałaby zrobić kilka zdjęć”. Skończyło się na całej sesji zdjęciowej, podczas której, co należałoby podkreślić, jedynie ja używałam trybu „Auto”. Jedna sesja zdjęciowa a trzy zdjęcia profilowe na FB – to już sukces! A na dodatek spotkałam się z zazdrosnym pytaniem, gdzie byłam w czasie weekendu majowego, że mam takie ładne zdjęcie w zieleni – myślę, że to mogło całkiem podbudować V.

Bardzo dobrze jest, jeśli potrafimy ocenić swoje niedociągnięcia i szukać wsparcia u bardziej doświadczonych w danej dziedzinie osób. Tak też postanowiła zrobić V. i to właśnie skłoniło ją do wielkiego comebacku! Otóż, na FB można podziwiać zdjęcia wykonane przez mężczyznę idealnego, z którym V. chętnie zatańczyłaby taniec pingwinów. Jednak nie każdy jest tego godzien, więc V. musiała porzucić dotychczas używane alter ego na rzecz swoich prawdziwych danych. O dziwo, póki co chwali sobie taki stan rzeczy i nawet szpieguje, kto uczy(ł) się holenderskiego.

I tym pozytywnym akcentem pozwolę sobie zakończyć moje ekspresowe podsumowanie pierwszego trymestru roku 2011! No prawie ;)

Śnieg w maju!



czwartek, 23 grudnia 2010

Bardzo trudne zadanie

Tytułowy problem wynika oczywiście jak zwykle z zaniedbywania przeze mnie obowiązków, tzn. odkładania chwili zdania raportu z drugiej połowy 2010 roku na "później". Będę więc musiała w niejakim skrócie przedstawić wszystko to, co przydarzyło się nam od powrotu z Malty do teraz (czyli do Bożego Narodzenia).

Cofnijmy się więc w czasie do sierpnia, kiedy to N. po raz pierwszy w swym życiu - co może i powinno zadziwiać - przekroczyła naszą, nieistniejącą już co prawda, zachodnią granicę i na miesiąc zamieszkała w Badenii-Wirtembergii, a konkretnie w mieście Heidelberg, o którym krążyła legendarna piosenka o zagubionym sercu... w szczegóły tego pobytu wgłębiać się nie będę, głównie dlatego że nie znam ich wiele, a i to tylko z opowieści. Poprzestanę wobec tego na stwierdzeniu, iż po powrocie N. zaczęła w kwestii Niemiec podzielać zdanie swej słoweńskiej koleżanki, a po cichu dodam, iż w tej starej piosence reklamującej Heidelberg coś jest... ale ciiii!
Próbowałam intensywnie przypominać sobie, co ja robiłam w tym czasie, i szczerze powiedziawszy, nie jestem w stanie, po czym wnoszę, iż nie było to zapewne nic interesującego. Wiem natomiast, że jakiś czas potem, tj. we wrześniu z kolei ja pojechałam na kilka dni do Niemiec (oj! nie do Niemiec, a do BAWARII! cóż za faux pas!), z tym że moja opinia na temat tego kraju i miasta, w którym byłam, okazała się diametralnie różna od N. - a to ci nowość... udało mi się jednak nawet spotkać na kilka godzin z jednym z moich erasmusowych znajomych. Wkleiłabym fotkę, ale niestety do dziś ich jeszcze nie widzałam...

Pod koniec września, podobnie jak w zeszłym roku, do Szlumu przyjechała grupa zagranicznych studentów. Tym razem udało mi się poznać jedną osobę, ale wbrew pozorom nie był to Włoch ani Turek, ale przesympatyczna Nigeryjka studiująca w Ghanie. W trójkę pojechałyśmy na dzień do Krakowa. Zdecydowanym motywem przewodnim tego wyjazdu byli kibole - najpierw sympatycy Arki Gdynia, którzy szczelnie wypełnili pociąg z Katowic, a potem uniemożliwiali swoimi śpiewami wykonanie jakiegokolwiek telefonu w drodze z dworca na starówkę, a potem młodzi fani Ruchu Chorzów. Szczególnie jeden z nich, oględnie mówiąc, zafascynował się naszą niecodzienną towarzyszką, i droga powrotna minęła nam na chyba najbardziej kuriozalnej, trójstronnej rozmowie, jaką pamiętam. Jeśli jednak chodzi o samą wycieczkę, to była ona naprawdę udana - i ze względu na nieoczekiwaną mimo wszystko pod koniec września upalną pogodę, i samo towarzystwo oczywiście - a przy tym możliwość spojrzenia na Kraków oczami turysty z zupełnie innej strefy geograficznej. Udało nam się nawet zobaczyć na chwilę z osławionym Gejkiem, tj. zjeść obiad w tradycyjnym barze mlecznym na Grodzkiej i wymienić newsy. Dowiedziałyśmy się m.in., że Gejek rozwija znajomość z kolegą, który pracuje w samym CERNie!

A potem oczywiście przyszedł październik i zaczął się kolejny rok naszych studiów, w moim przypadku już ostatni. Na początku dziwnie było z powrotem znaleźć się w murach swej "uczelni macierzystej", ale już po kilku dniach poczułam się, jakbym nigdy nigdzie nie wyjeżdżała. Oczywiście pomijając fakt konieczności odpowiadania na nieśmiertelne "jak było na erasmusie?", padające z ust tak kolegów, jak i prowadzących. W ramach prywaty pozwolę sobie jeszcze rozwiać mit, jakoby na V roku na uczelni nic już się nie robiło... jest to może i prawdziwe w niektórych przypadkach, jednak jeśli chodzi o program specjalności Radioelektronika można by pomyśleć, że na dziewiątym semestrze studia dopiero się zaczynają. Ogólnie mówiąc, projektów z przeróżnych przedmiotów mamy do zrobienia chyba więcej, niż sumarycznie dotychczas, przez co pomimo iż sama siatka godzin jest dość potężna, nierzadko zostajemy po godzinach w "lab717"... szczerze mówiąc, zaczynam się martwić o co poniektórych kolegów, którzy byli wyraźnie rozczarowani, kiedy odwołano nam zajęcia z dzisiaj, tj. 23 grudnia.

Jeśli chodzi natomiast o N., to również jesień tego roku zaczęła pracowicie, ale w nieco może innym aspekcie. Mianowicie została prezydentem oddziału pewnej organizacji (dla porządku nie napiszę nazwy, żeby jakiś fan szpiegowania ustalił jej tożsamości; z drugiej strony, jakby ktoś chciał, to na podstawie dotychczasowych informacji już by to zrobił...). W związku z tym, oprócz ton papierkowej roboty, niemal w każdy weekend wyjeżdża "służbowo" (he, he) w przeróżne zakątki Polski. Poza tym zawiera różne ciekawe znajomości, ostatnio na plan pierwszy wyłania się postać jej sekretarza - z tego, co już usłyszałam, mogę z całą pewnością stwierdzić, iż jest to osoba nietuzinkowa... wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, pomimo raczej ambiwalentnego stosunku do siebie nawzajem, N. spędzi wraz z nim tegoroczny sierpień, i to nie byle gdzie, bo aż na Dalekim Wschodzie.

Wciąż jednak nie zahaczyłam o zdecydowanie najbardziej gorący temat tej jesieni i ziemi. I przymiotnik "gorący" jest tu jak najbardziej na miejscu, mówię bowiem o salsie kubańskiej! Tego właśnie tańca, zdecydowanie za zasługą G., zaczęłyśmy się uczyć w listopadzie. Na kursie poznajemy nie tylko coraz bardziej skomplikowane figury salsowe, ale również całą galerię typów ludzkich. Wbrew pozorom i złośliwym implikacjom, nie wszyscy uczestnicy nadawaliby się na bywalców Domu Seniora. Przerażenie N. wzbudza za to kto inny - niejaki Tomek, który według niej ma "spojrzenie pedofila" i z którym była zmuszona tańczyć całą lekcję pewnego feralnego dnia, kiedy G. wyjechała na weekend w rodzinne strony, a ja prawie nie mogłam się ruszać z powodu jakiejś dziwnej kontuzji... ja również za Tomkiem nie przepadam, chociaż może nie przypisywałabym mu tak karygodnych dewiacji, natomiast G., choć nie do końca się przyznaje, chyba go trochę polubiła. Nie Tomek jednak jest jej ulubionym salsero z Zabrza. Poniekąd zgodnie z dewizą Gejka, jeszcze z czasów gimnazjum i wakacyjnych wyjazdów na Wyspy, G. upatrzyła sobie pewnego Włocha. Co prawda Vittorio jest mały, łysy i ma ok. 60 lat oraz żonę, ale od kiedy takie drobiazgi stoją na drodze prawdziwemu uczuciu? Mówię z takim przekonaniem nie bez powodu, mam na to twarde dowody w postaci wróżby andrzejkowej z przebijaniem kartki z wypisanymi imionami potencjalnych wybranków:




Jakby tego było mało, w innej wróżbie wszystkim oprócz G. wyszło, iż odbędziemy wkrótce podróż, natomiast ona sama - nie inaczej! - zmieni stan cywilny. Łatwo zinterpretowałyśmy to jako zapowiedź wesela we Włoszech...

Wspominane wróżby andrzejkowe miały miejsce przy okazji spotkania połączonego niejako z moimi urodzinami. Najfajniejszy prezent, tj. tort z misiami Haribo w ruedzie, został sfotografowany i umieszczony nawet z odpowiednimi tagami na portalu Marka Zuckerberga.



Ogólnie było, jak zwykle, WDŚ :), chociaż z przerażeniem stwierdziłyśmy, że najwyraźniej się starzejemy, jako że tego wieczoru wódka wchodziła nam słabo (chociaż była naprawdę dobra). Podobne historie słyszałam jednak niedawno zupełnie niezależnie od pewnego kolegi, więc musi być w tym jakieś ziarno prawdy...

Pod koniec listopada miał miejsce jeszcze pewien nieprzyjemny incydent. Zostałam mianowicie ofiarą przestępstwa kradzieży (proszę się nie śmiać! otrzymałam "Kartę praw ofiary" czy jakoś tak, i lokalny komisariat dzwonił już do mnie dwa razy!) i w tej chwili nie mam jeszcze nawet dowodu osobistego... sama strata była tak naprawdę niewielka, ale pożalić się przecież trzeba, nie?

Przeglądając wysłane/odebrane SMSy (jak już wspominałam, lata nie te, i pamięć już nie ta), przypomniałam sobie jeszcze wyjątkowo urokliwą wycieczkę na weekend w rejon Wielkiej Raczy. Wypad był organizowany dosłownie na ostatni moment, i N. miała początkowo do nas dołączyć, ale wystraszyła się informacji o zepsutym ogrzewaniu w schronisku, czy coś tam... ostatecznie nie było tak źle, tzn. spać się dało, a sam wyjazd był zdecydowanie bardzo udany, zawarliśmy nawet interesującą znajomość z "pro" turystą z Bytomia i przez pół nocy byliśmy świadkami bratania się Ślązaków z Jarkiem z Warszawy.

Tym wtrąceniem zaburzyłam nieco chronologię zdarzeń, ale to i tak nie ma znaczenia, gdyż przeskoczę teraz już do wydarzeń niemal bieżących. Mamy bowiem okres przedświąteczny (de facto od kilku minut jest już Wigilia). Z nie do końca jasnych powodów, świąteczne piosenki, które niemal wszystkich ludzi doprowadzają do szewskiej pasji już początkiem grudnia, są przez N. w zdecydowanej większości autentycznie lubiane. W tym roku zaszalałyśmy i linki do kolejnych świątecznych hitów w różnych językach wrzucałyśmy sobie nawzajem na "ściany" przez ostatni tydzień (takie nawiązanie do tradycji "dnia spamu" z czasów mojej emigracji). Przebojem jednak okazał się zupełnie niespodziewanie oklepany szlagier Shakin' Stevensa Merry Christmas Everyone. Jednak z jakiejś przyczyny do tej pory nie śledziłyśmy dość uważnie teledysku do rzeczonego utworu. Wykonawca i inne występujące w nim osoby zachowują się tam co najmniej podejrzanie! Do takiego wniosku doszłyśmy wczoraj, przy konsumpcji grzańca oraz pierników i po z dawna planowanej "Wigilii w Macu".

Wydarzenie to, być może z natury swej niezbyt ambitne, postanowiłyśmy uskutecznić głównie ze względu na zakończoną właśnie promocję "Monopoly", w której obok darmowych lodów, napojów czy ciastek można było wygrać m.in. marzenie Jego Makaronowej Doskonałości, tj. iPada. W ostatnią niedzielę po raz pierwszy udało nam się na naklejkach znaleźć zamiast Stadionu Śląskiego kody uprawniające do odbioru nagrody natychmiastowej! Tak nas to rozochociło, że przez kolejną godzinę siedziałyśmy w restauracji planując, co jeszcze można by wypić/zjeść tylko po to, aby zyskać kolejne kupony... z tego też powodu zrodził się pomysł wczorajszej "Wigilii". Było jednak nadspodziewanie fajnie, bawiłyśmy się jak gimnazjalistki (nie nowość to) tworząc rysunek o nazwie nowa siec.png oraz obczajając użytkowników serwisu badoo (którego N. nie tylko jest gwiazdą, ale także, jak się okazało, znajduje w nim swoich dalszych znajomych!).

Po pewnych tematach, prawdopodobnie ważnych - tylko się prześlizgnęłam, ale jest to co najmniej do połowy celowe. Daję bowiem N. tzw. "pole do popisu" :>

Na koniec nie mogło zabraknąć muzycznego motywu przewodniego ostatnich dni... rzecz jasna przyłączam się do życzeń!!



BTW! Chcąc wpisać w wyszukiwarkę frazę "shakin", przesunęły mi się palce na klawiaturze, i omyłkowo napisałam "shalom"... Przypadek? Nie sądzę.

sobota, 7 sierpnia 2010

Waka Waka & Malta Experience

Nie dość, że ciężko mi się było zabrać za zdanie relacji z gorących lipcowych wydarzeń, to jeszcze V. mnie dobiła, przypominając mi o braku aktualizacji bloga od czerwca. Tak więc postaram się stanąć na wysokości zadania, ale nie wiem co to z tego wyjdzie, bo materiału do przetworzenia jest OGROM!

Aby zacząć dokładnie tam, gdzie skończyła V. muszę na początku nadmienić, że po wyjątkowo imprezowym ostatnim tygodniu w Suomi wróciła ona cała i zdrowa (nie był to wyjazd ze mną więc nie skończyła chora!) na ziemię ojczystą. Przez jakieś pół dnia po wylądowaniu na Okęciu emocjonowała się głównie tym, że dla odmiany rozumie, co mówią ludzie na ulicy. Przy okazji wykorzystała chyba limit szczęścia, dosłownie cudem nie tracąc na lotnisku telefonu, nie wspominając już nawet o tym, że udało jej się nie zapłacić liniom AirBaltic za bagaż!

Oczywiście po powrocie V. odbył się reunion, połączony z przekazaniem wymarzonego przeze mnie prezentu z krainy bagien tj. fińskiego chleba. V. uraczyła mnie także słowną relacją z ostatnich dwóch miesięcy, w czasie których się nie widziałyśmy. Jak bumerang powracał oczywiście temat „homo erasmus” oraz „najlepszych miesięcy w życiu”. Wielokrotnie przez opowieści V. przewijali się jej niemieccy koledzy, którzy upraszczając sprawę albo są przedstawicielami mniejszości seksualnej albo mają zdumiewające perypetie w relacjach damsko-męskich (co ciekawsze kłopoty te są związane głównie z wymiarami miednicy więc teoria p. Pawła niejako się potwierdza). Ogólnie można jednak powiedzieć, że V. miło wspominała spędzony na obczyźnie czas, jednocześnie ciesząc się z powrotu. Czyli dokładnie tak, jak powinno być

Jak powszechnie wiadomo, życie V. i mój nędzny żywot zawsze znajdują się na odwrotnych biegunach. Tak było i w czerwcu, kiedy to V. mogła się cieszyć najdłuższymi chyba w życiu wakacjami (tak, chyba nawet dłuższymi niż po maturze!), ja musiałam po raz kolejny walczyć z demonem sesji. A stąd już tylko malutki kroczek w kierunku kolejnej oczywistej oczywistości – każda sesja musi wszak mieć swą gwiazdę! Tym razem, jako że sesja do łatwych nie należała, było tych gwiazd nawet kilka... Otóż najpierw dość niespodziewanie wybawieniem od trosk dnia codziennego stało się śledzenie działalności medialnej kandydata na prezydenta Grzegorza N., który jest znany głównie z tego, że pozostawia ogryzki w cukrze oraz prowadzi (przy drobnej pomocy e-wolontariuszy) niezwykle ożywioną dyskusję ze swoimi potencjalnymi wyborcami nie gdzie indziej, ale na znanym portalu społecznościowym. Na profilu Grzesia (V. nawet dodała go do znajomych na pewien czas, co warto odnotować!) można było obejrzeć filmiki, m.in. słynny teledysk „aniołków Napieralskiego” a także dowiedzieć się, jakiej muzyki słucha na co dzień kandydat (tak, wtedy właśnie usłyszałam po raz pierwszy hit lata 2010 „Alors on danse”, który dalej budzi we mnie ambiwalentne uczucia) tudzież jakich filmów jest fanem (dla ciekawych – chodziło o „Gwiezdne wojny”). (Nie)stety moja sesja trwała do 23.06 a kampania wyborcza przed pierwszą turą zakończyła się 18.06. Płynie stąd prosty wniosek, że coś musiało wypełnić tę lukę...

I tutaj na pomoc przyszły mi Mistrzostwa Świata w piłce nożnej!! V. bez większego zastanowienia kibicowała od samego początku Niemcom, w szczególności Szwajniemu, o którym już co nieco było powiedziane na naszym starym blogu w czerwcu 2008 – tam też odsyłam zainteresowanych. Ja oczywiście dzielnie wspierałam V. w kibicowaniu, przesyłając kolejne sesyjne hity w stylu „Jogi Loew sza la la” (zresztą plagiat piosenki, którą V. ułożyła dla Szwajniego!), „Schland o Schland” czy też „Gimme hope Joachim”. Mój własny typ nie mógł jednak być tak oczywisty. Otóż w tym roku całe moje wsparcie mentalne skupiło się na reprezentacji najmniejszego kraju biorącego udział w Mistrzostwach tj. na słoweńskich junakach. Każdy logicznie myślący człowiek zapytałby zapewne, skąd ten wybór. Mówiąc szczerze, trudno odpowiedzieć na to pytanie. Z pewnością niemały w tym udział miała moja sympatia do słoweńskiej obrony, a konkretyzując do obrońcy o pseudonimie MS. Tak czy inaczej, w czasie zmagań ze straszliwą farmakologią oprócz tysięcy przesłuchań „The drug song” oraz „Waka waka”, zajmowałam się także podziwianiem zdjęć słoweńskiej reprezentacji w towarzystwie małych lewków oraz słuchaniem zagrzewającej do walki piosenki Siddharty. Nieomal zaczęłam żałować, że Słowenia była moim drugim a nie pierwszym wyborem jeśli chodzi o praktyki wakacyjne. Ale jak się później okazało moje praktyki jednak było w pewien sposób związane z tym niewielkim krajem więc nic straconego!

Gdybyście kiedykolwiek w czasie sesji chcieli sprawdzić jakie macie szanse na zdanie egzaminu, mogę polecić mój niezawodny sposób. Otóż należy... (NIE, NIE POLECAM głupawych quizzów na FB!) w czasie nauki do egzaminu grać w sapera! Jeśli uda wam się przejść pole z 99 minami – sukces gwarantowany. W moim przypadku dwukrotnie się sprawdziło! Przy tej okazji nadmienię, że ósmą już sesję zakończyłam pełnym sukcesem, co wcale nie było w tym semestrze takie oczywiste, biorąc pod uwagę sensacyjne zmiany progów tudzież zamieszanie z ogłaszaniem wyników. De facto, plotki o zdaniu przeze masakrycznego testu z leków nasennych i nie tylko potwierdziły się dopiero 4 dni temu! Żeby nic tutaj nie pominąć, dodam jeszcze że V. w tym roku osiągnęła średnią, którą można by śmiało określić jako „the best ever [czyt: evaaaaaa]”.

Po tej krótkiej wstawce odnoszącej się do egzaminów powracam jednak to tematu głównego czyli MŚ. Wspominałam już o Szwajnim, ale to wszak nie jedyna ciekawa postać w drużynie naszych zachodnich sąsiadów! Wstydem byłoby nie napomknąć chociaż o Poldim, który „jest napastnik, czuja się napastnik” a także „nie interesuja się” praktycznie niczym poza kopaniem piłki. Nie mniej interesujący jest nowy narybek Jogiego w postaci OOOzila tudzież Oezila. Jest to postać o tyle ciekawa, że jest Turkiem (no dobra, praktycznie nie jest jako że zrzekł się obywatelstwa!) a wzbudza we mnie jedynie pozytywne uczucia. Jasna sprawa, że w związku z tym V. nie pała do niego zbytnią sympatią. Aby zakończyć wątek niemiecki, dodam jeszcze, że nawet autorzy demotywatorów kradną V. pomysły i jakieś 2 dni po wypowiedzeniu przez nią słynnego żartu o Hitlerze przewracającym się w grobie, coś bardzo podobnego ukazało się na słynnym portalu. Wniosek prosty: należy realizować swoje twórcze wizje najszybciej jak się da, bo inaczej inni spiją śmietankę!

Jak już pisałam, mój ostatni egzamin odbył się 23.06. Tradycji musi stać się zadość więc zaplanowałyśmy dość skromną tym razem imprezę po sesji. Skromną o tyle, że G. nie chciała nam z wielu względów towarzyszyć. Tak więc w okrojonym gronie miałyśmy obejrzeć NAJważniejszy mecz, w którym mój ulubiony piłkarz tych Mistrzostw miał się zmierzyć z samym Rooneyem. Niestety, panujący w domu V. rozgardiasz remontowy nieco pokrzyżował jej plany i dotarła do mnie dopiero na drugą połowę. Tak więc wymieniałyśmy coraz bardziej dramatyczne sms-y dotyczące delikatnie mówiąc nie najlepszej gry junaków. Ostatecznie mecz zakończył się wygraną Rooneya, a wredni Amerykanie w ostatniej sekundzie swojego meczu strzelili gola decydującego o powrocie MS i spółki do domu. No cóż, jedni wygrywają, inni przegrywają... ŻYCIE. Nieco więcej szczęścia miał tego wieczora Szwajni. Niezależnie od wyników delektowałyśmy się tego wieczora truskawkami oraz niezłym gruzińskim(?) winem. Byłoby niemal WDŚ gdyby nie fakt, że następnego ranka jedna ze stacji telewizyjnych katowała mnie reklamami z udziałem Rooneya.

Kilka dni po napisaniu przeze mnie ostatniego testu, rozpętała się mała burza dotycząca formy ogłaszania jego wyników. Zrobiło się zamieszanie a ja byłam skłonna nawet zmieniać rezerwację biletu lotniczego. Na szczęście w końcu poszłam po rozum do głowy a jedyny mało pozytywny wniosek płynący z tej „afery” jest taki, że niestety nie każdy mężczyzna z brodą jest ogólnie spoko i w porządku!

Tak więc po drobnych perturbacjach udało mi się szczęśliwie spakować i wyruszyć w wakacyjną podróż. Jako że samolot jednej z tanich linii lotniczych (nie będę im robić kryptoreklamy!) miałam dość wcześnie rano z Krakowa, zawczasu postarałam się o możliwość przenocowania się u naszego ulubionego Gejka. V. postanowiła mi towarzyszyć w tym pierwszym etapie podróży, co było bardzo pomocne zważywszy na nie najmniejsze rozmiary mojego bagażu (a to nowość, huh?). Dwie godziny w pociągu minęły nam zaskakująco szybko, w szczególności V. która znalazła sobie idealnego rozmówcę – młodziana, który rok był na Erasmusie w Danii. Ja nie miałam w tym zacnym gronie zbyt wiele do powiedzenia więc głównie milczałam, dumając nad tym, jak to będzie na południowym krańcu Europy. W Krakowie coś nam się pomyliło i wsiadłyśmy do złego autobusu, czego efektem była wizyta na pograniczu Huty i Czyżyn (Gejek niestety nie potrafił mi wyjaśnić relacji tychże dzielnic Krakowa do dzielnic naszego skromnego miasta). Oprócz tego byłyśmy świadkami ostrej wymiany zdań między kontrolerami biletów a krakowską młodzieżą – o mało nie doszło do bójki. W końcu przy niewielkiej pomocy nawigacyjnej samego Gejka dotarłyśmy do jej mieszkania. Z całego wieczoru, całkiem sympatycznego zresztą, najbardziej w pamięć zapadła mi sałatka, którą przygotował Gejek oraz prośbę jej taty, abyśmy tak nie chichotały(!)

30.06. musiałyśmy wstać dość wcześnie. Dziewczyny zdecydowały się odprowadzić mnie na samo lotnisko. Niestety, ostatecznie padł ich plan odwiedzenia tarasu widokowego, jako że kazano im za tę wątpliwą przyjemność zapłacić całe 2 zł. Ja za to przy akompaniamencie „Czterech pór roku” Vivaldiego usiłowałam coś zrozumieć z bełkotu kapitana Antonia. Lot minął nie minął w sumie ani dobrze ani źle, za to pierwszy widok Malty z lotu ptaka muszę przyznać był zachwycający :)

Na deser zdjęcie - pomost między czerwcem i lipcem wykonane jakieś 20 metrów od mojego maltańskiego mieszkania.



Teraz przechodzę już do opisywania mojej maltańskiej przygody. Jak już ustaliłyśmy w rozmowie z V. moja relacja powinna być proporcjonalna tj. 2 akapity o trzech początkowych tygodniach oraz duuuuuuuuuuużo więcej na temat tygodnia, który spędziła u mnie w gościnie V. Tak też zamierzam uczynić!

Swój pobyt na Malcie zaczęłam nie byle jak bo od wzięcia udziału w Isle of MTV. Gościem specjalnym tej imprezy był David Guetta we własnej osobie!!! (Informacja dla niewtajemniczonych – David Guetta nie wygrał Eurowizji, co sugerował mój własny brat...) Ten francuski artysta jest na Malcie wręcz uwielbiany. Była więc cała masa ludzi a ja powiedzmy, że nawet dobrze się bawiłam. Po powrocie do mojego dużego i wypasionego mieszkania poznałam swoją współlokatorkę. Jak się okazało, nie była to jak zapowiadał mistrz Aaron szwedzka Rosjanka, ale... SŁOWENKA! Co ciekawe, już pierwszego poranka miałyśmy problemy rodem ze słoweńskiej książki tzn. jej było za ciepło a mnie za zimno. Ale jednak pokonałyśmy te drobne różnice zdań w pokojowy sposób, bez dzwonienia na policję i oskarżania się o napaść tudzież wykorzystanie seksualne, co jak się później okazało niektórym spośród innych praktykantów wydawało się dość naturalnym sposobem rozwiązywania konfliktów... Oprócz Słowenki w naszym mieszkaniu umieszczono jeszcze dwie dziewczyny z Kanady. Ogólnie muszę przyznać, że i tym razem dość szczęśliwie trafiły mi się współlokatorki. W przeciągu dwóch czy trzech dni dołączyła do nas cała reszta ludzi z wymiany. Na wyróżnienie zasługuje silna bo pięcioosobowa reprezentacja Kanady, która zaskoczyła nas głównie nadużywaniem kilka przymiotników typu „amazing”, „awesome”, „best ever” i przede wszystkim „INTENSE”.

Kilka słów poświęcę też właściwej praktyce w szpitalu – taki przecież był przynajmniej teoretycznie cel mojego wyjazdu. Jeszcze w czerwcu śmiałyśmy się z V. że pewnie skończy się na tym, że każą mi iść na plażę i z praktyki będą nici. Poniekąd przynajmniej na początku to się sprawdziło! Pierwszego dnia mojej praktyki okazało się, że mój doktor gdzieś wyjechał i nie będzie go przez ponad tydzień. Miała mnie przygarnąć reszta jego teamu (nie będę się zagłębiać w zawiłości anglosaskiego systemu opieki zdrowotnej, wybaczcie!). Jednak szybko się okazało że młodszy maltański doktor zdecydowanie woli mówić po maltańsku niż po angielsku i ogólnie chyba nie bardzo chce się ze mną komunikować w jakikolwiek sposób... Sytuacja trochę się poprawiła gdy z urlopu wrócił kolejny z podwładnych mojego consultanta – z pochodzenia Serb. Jednak i on miał swoje za uszami, twierdząc m.in. że „w Polsce kobiety muszą służyć mężczyznom” tudzież niebezpiecznie skracając dystans w czasie rozmowy. Na domiar złego kiedy w końcu pozwolili mi się umyć i przebrać do operacji... prawie zemdlałam. Nie żebym się tłumaczyła czy coś, ale mieszanka upału, wilgoci, niewyspania i huśtawki hormonalnej raczej miała w tym swój udział! Tak czy inaczej, sytuacja dramatycznie się zmieniła kiedy wrócił mój oficjalny opiekun! Zaczęłam wtedy faktycznie coś wynosić z czasu spędzonego w szpitalu, a pod koniec było już w ogóle WDŚ. Okazało się także, że mój consultant to zdecydowanie NAJprzystojniejszy Maltańczyk, jakiego dane mi było spotkać w czasie tego miesiąca (V. oczywiście drwiła z tego faktu, porównując to do wydarzeń z naszych greckich wakacji).

I w ten sposób czas na Malcie przez trzy tygodnie mijał mi na narzekaniu na zbyt małą ilość czasu spędzanego w szpitalu, smarowaniu się kremem przeciwsłonecznym 5 razy dziennie, przeżywaniu obsesji na punkcie kotów/karaluchów w wykonaniu moich współlokatorek tudzież walczeniu o chociaż chwilowy dostęp do internetu. Jednak gdy na horyzoncie pojawiła się V. wszystko uległo zmianie...

Niespodziewanie V. dość dobrze zniosła lot na Maltę! Trochę gorzej było z tolerowaniem towarzyszy podróży, ale trudno się temu dziwić. Dla mnie już kilka minut stania w tłumie polskich turystów w oczekiwaniu na pomarańczowy środek transportu do Valletty było drogą przez mękę. Szczególnie, że niektórzy turyści musieli się dzielić się swoimi pierwszymi spostrzeżeniami z pobytu na maltańskiej ziemi nie tylko ze swoimi znajomymi ale np. ze mną. Ale jako, że ostatnio pojednanie narodowe jest na topie (wiem wiem, dobry joke!), to nie będę już narzekać na naszych rodaków na obczyźnie.

Myślę, że warto chociaż jeden akapit tej przydługiej notki poświęcić maltańskim autobusom. Przed moim wyjazdem V. wyraźnie drwiła ze znalezionych przez mnie w internecie informacji, jakoby podróż tym środkiem lokomocji była „prawdziwą przygodą”. Okazało się jednak, że nie sposób nie zgodzić się z tą opinią! Już w czasie naszej pierwszej wspólnej podróży do Msidy w zachwyt wprawił V. mój sposób zatrzymania autobusu. Otóż w niektórych starszych (to też brzmi dość ironicznie bo nowych autobusów na Malcie nie uświadczysz!) modelach należy pociągnąć sznurek znajdujący się nad głowami podróżnych, co uruchamia dzwonek tuż nad głową kierowcy. Maltańskie autobusy mają ponadto to do siebie, że właściwie nie obowiązuje ich żaden rozkład jazdy, a kierowcy nie zawsze decydują się zatrzymać na każdym przystanku albo np. zatrzymują się, ale niestety nie wpuszczają nikogo z czekających na tym przystanku pasażerów... Tak więc trzeba mieć niemałe szczęście aby dotrzeć do celu w jakichś przyzwoitych ramach czasowych! Apogeum tego wszystkiego miało miejsce dokładnie w czasie mojej ostatniej maltańskiej przejażdżki. Podstarzały kierowca dostał wtedy napadu szału w związku z tym, że któreś z Kanadyjczyków chciało mu zapłacić banknotem 20 euro (jak wiadomo trzeba mieć przygotowane drobne, najlepiej zgodne czyli 0,47 euro!). Później oliwy do ognia dolała hałaśliwa grupa z Hiszpanii. Maltańczyk zaczął wtedy niemiłosiernie krzyczeć, apelują m.in. „Everybody shut up!!!!! You either shut up or you fucking get off the bus!! Everybody off the bus!!!!”. Nie tylko ja miałam wrażenie, że biedak zaraz dostanie ataku serca... na szczęście nasza medyczna ekipa nie miała okazji wkroczyć do akcji – pan pokrzyczał na kilku przystankach po czym dał sobie spokój i jakoś dowiózł nas do Paceville.

Fotki, aby udokumentować tę ważną część wyjazdu:



V. przed swoją wizytą u mnie opowiadała rodzicom jakieś głupoty o dziedzictwie kulturowym, wielowiekowej historii Malty itp. Los oczywiście spłatał jej figla, bo w czasie jej wizyty zajmowałyśmy się głównie plażowaniem, imprezowaniem i... to chyba na tyle! Oczywiście przez trzy tygodnie wszystko było (prawie) normalnie, a gdy tylko pojawiła się V. świat zaczął stawać na głowie! Otóż już podczas naszego pierwszego plażowania w pobliskiej Sliemie miałyśmy okazję podziwiać Polaków używających przedziwnej szaty do zmiany stroju (mimo że przebieralnie były jakieś 50 metrów dalej) a na ulicach kurortu pojawił się nawet Murzyn sprzedający drewniane figurki!! To był jednak dopiero przedsmak...

Dzień przylotu V. był także dniem moich urodzin. W związku z tym moje cudowne współlokatorki zrobiły dla mnie urodzinowe ciasto!! Po skosztowaniu tego smakołyku mimo początkowych oporów V. dołączyłyśmy do reszty grupy. Wieczór zakończyłyśmy na baaaardzo głębokiej dyskusji na temat religii, wiary itp. itd. na balkonie Kanadyjczyków. Dziewczyny tak mocno przejęły się tematem, że nie bardzo chciały ze mną wrócić do domu o przyzwoitej porze. W ten oto sposób musiałam ok. 1 w nocy spacerować sama po maltańskiej autostradzie a chyba jedyną osobą, która choć trochę przejęła się moim losem był... Turek. No ale cóż, po bezsennej nocy / połowie dnia spędzonej w kuchni na pieczeniu ciasta i kilku łykach alkoholu nawet najbliższe osoby widocznie stają się dość nieczułe... Na szczęście nic mnie nie przejechało i nawet nie zostałam wyrwana ze snu, jako że do późna siedziałam nad dzienniczkiem moich praktyk, który musiałam za kilka godzin dać do podpisu panu Dennisowi!

Przyjęłam za dość oczywiste, że muszę zabrać V. serca imprezowego życia Malty czyli do Paceville [czyt: paczewil]. Jednakże w moim pierwotnym zamyśle miała to być wizyta jednorazowa a stało się NIECO inaczej...

Pierwszy raz wybrałyśmy się do Paceville w towarzystwie praktycznie całej mojej grupy. Nieodłącznym elementem takich wypraw było stanie na „placu decyzji”, aby po wielkich przemyśleniach wejść do jednego z klubów, który od innych różniła praktycznie tylko nazwa... Tak też było i tamtym razem. Mimo tłumów trzynasto- i czernastolatków, megagłośnej muzyki Davida Guetty i wszechobecnych maltańskich trolli (Maltańczycy mają średnio chyba 160 cm wzrostu i raczej nie są najprzystojniesi na świecie, uwierzcie mi...) V. nawet się spodobało. Jedynie nas ranem trochę nas już zmogło więc postanowiłyśmy na chwilę usiąść. Wypatrzone wolne miejsce tuż przed klubem, w którym bawiła się moja grupa, wydało mi się wybawieniem. No i co by nie powiedzieć, była to decyzja brzemienna w skutki... Otóż okazało się że (nie)szczęśliwym trafem dosiadłyśmy się do grupki nieco podchmielonych Francuzów. Od razu wkroczyli oni do akcji, m.in. machając mi przed oczami cytrynką a V. pytając, czy chce im sprzątać w mieszkaniu. Oprócz tego z ich ust płynął potok francuskich słów, które moja kanadyjska koleżanka oceniła jako bardzo wulgarne (choć tutaj nie mogę mieć pewności, bo Chloe wydawała się dość wrażliwa jeśli chodzi o imprezowe podrywy) i szybko położyła im kres krzycząc coś w języku naszych nowych znajomych. Historia ta miała jednak swój nieoczekiwany ciąg dalszy...

Otóż nazajutrz dla odmiany udałyśmy się po południu na plażę w Sliemie. Po jakimś czasie coś mnie tknęło i zasugerowałam V. że chyba widzę owych sławetnych Francuzów. V. chyba nie do końca mi uwierzyła, za to sami zainteresowani o dziwo także nas rozpoznali. Dali nam to wyraźnie do zrozumienia, krzycząc na pół plaży coś w stylu „UHUHUUUUUUUUU!” za każdym razem, kiedy znalazłyśmy się w promieniu 5 metrów. Oprócz tego szeroko się do nas uśmiechali oraz machali. Było to przede wszystkim niespodziewane, ale przede wszystkim irytujące! Jednak nie myślcie, że to koniec historii... Otóż nasi znajomi rozpoznawali nas zawsze i wszędzie – po pijaku czy na trzeźwo, na plaży czy w Paceville... Doszłyśmy do wniosku że musiałyśmy się stać obiektem jakiegoś wewnętrznego żartu, którego istoty niestety nie odkryłyśmy. Żeby było jeszcze ciekawiej po jakimś czasie (i po kilku lub kilkunastu godzinach prażenia się na słoneczku – to mam na swoją obronę!) doszłam do wniosku, że przywódca Francuzów jest... całkiem przystojny, a właściwie NAJprzystojniejszy na Malcie, nie licząc oczywiście mojego doktora. W dodatku okrzyki godowe w stylu „uhuhuuu” czy „coucouuuuu” są jak najbardziej na moim poziomie – właściwie dochodzę do smutnego wniosku, że tylko takie sygnały odbieram... (przynajmniej teraz już wiem, że powinnam jechać albo do Skandynawii albo do Francji :P). Niestety, gdy ostatecznie zdecydowałam się odmachać przystojnemu Francuzowi, zupełnie zbiło go to z tropu. Nie bardzo miał chyba przewidzianą dalszą strategię. Cóż, widocznie to nie było meant to be... ŻYCIE!

Osobny akapit jak sądzę należy się także mojej słoweńskiej współlokatorce. Jak na przedstawicielki narodów słowiańskich przystało, dogadywałyśmy się od samego początku bardzo dobrze. Jeśli chodzi Słowenka zdumiewająco często rzucała tekstami jakby żywcem wyjętymi z repertuaru V. Wspominała m.in. o Panu z Dżungli a także mówiła jak to dobrze, że jej językiem ojczystym włada stosunkowo mała ilość osób – można do woli obgadywać ludzi, będąc zagranicą! A w dodatku, podkreślając, że ktoś się komuś podoba, używała słowa „like” jednocześnie składając ręce w słitaśne serduszko! To także poniekąd dzięki niej V. miała okazję obejrzeć byłą stolicę Malty – Mdinę. Otóż moja zaradna koleżanka załatwiła nam kierowcę, który z chęcią obwiózł nas po południowo-zachodnim krańcu wyspy, w dodatku był to kierowca rodem z Serbii! Jedyne co mogło przeszkadzać V. to arcymedyczne rozmowy, ale cóż – ja także znosiłam jej eksperckie rozmowy z innymi „fińskimi” erasmusami chociażby w hostelu w Sztokholmie!
Na wieczną pamiątkę wycieczki „na klify”:



Po klifach byłyśmy jeszcze na średnio udanej „imprezie” w okolicy Valletta Waterfront. Tutaj dla odmiany skupiają się Maltańczycy o średniej wieku oscylującej wokół 40 lat. Na uwagę zasługuje jedynie słynne komentarz Słowenki – już lepiej iść do Paceville bo tam trolle występują w tak dużej ilości, że trudno się skupić na jednym konkretnym! Mehla, mehla, trudno się nie zgodzić!

Żeby nie było, że nie zaproponowałam V. nic ambitniejszego – wspólnie zwiedziłyśmy jedną z najmniejszych ulic Europy, co ilustrują dość liczne zdjęcia (zrobione w ostatni dzień, żeby nikt się nie czepiał, że nie ma fotek!). Wielkie wrażenie zrobiła na nas szczególnie Katedra św. Jana i piękne obrazy Caravaggia! Ponadto zamówiłam nam obu wizytę w Hypogeum – pradawnej podziemnej świątyni. Niestety, każda z nas zwiedzała to skądinąd urokliwe miejsce w nie najlepszej formie: ja gdyby nie interwencja V. w ogóle bym przespała swoją kolej, natomiast V. dosiągł już w czasie jej zwiedzania tajemniczy maltański wirus. Chory był zresztą prędzej czy później prawie każdy uczestnik mojej wymiany ze mną włącznie (pierwszy raz zużyłam dosłownie wszystkie przywiezione leki!). Nawet teraz ukazują się na FB pojedyncze pojękiwania nie do końca doleczonych exchange students!

Tak na marginesie, to właśnie po raz pierwszy piszę (a właściwie wykańczam) notkę z V. (śpiewającą przeboje Robbiego Williamsa) za plecami. I to właśnie ona przypomniała mi o dość ważnym szczególe, który tak łatwo mogłam pominąć! Otóż tuż za przejściem podziemnym nieopodal naszego mieszkania, „po sąsiedzku” jak to powiedziała Słowenka, miałyśmy dość intrygujący lokal. Nie dość że wspomniana pizzeria szczyciła się dostawami na terenie całego kraju (!) to jeszcze zatrudniała pracowników, których trudno by było określić którymkolwiek z epitetów tak nadużywanych przez Kanadyjczyków. Alfred, bo o nim właśnie mowa, obsługiwał naszą trójkę któregoś upalnego wieczora. Już w pierwszych sekundach podpadł V. witając ją po... FRANCUSKU! Później było jednak coraz gorzej. Nie dość, że Alfred tłumaczył nam, że ostra pizza jest OSTRA to jeszcze obiecywał dodać jakiegoś „specjalnego składnika”. Najgorsze było jednak jego błyskotliwe pytanie „Sooooo.... you like Maltese sausage?”. Po tym dość dwuznacznym stwierdzeniu miałyśmy ochotę uciec! Jednak darmowa butelka wina i fakt, że już zamówiłyśmy jakoś nas zatrzymał. Okazało się niestety, że jeżeli Alfred faktycznie spełnił swoją obietnicę, to tym dodatkowym składnikiem musiał być tłuszcz, który dosłownie wylewał się z naszej pizzy... Jedyną pociechą był to, że zaserwowane nam wino faktycznie troszkę zaszumiało nam w głowach i świetnie grało nam się w grę o wdzięcznej nazwie „who would you rather do?”.

Było jeszcze wiele pobocznych wątków jak chociażby kupowanie belgijskiej wódki, zapraszanie pseudopolskiego Austriaka na wino czy zyskiwanie stałych maltańskich wielbicieli („I think I have seen those beautiful eyes before”) ale nie sposób tutaj wymienić wszystkiego! Pozostaje mi więc zgrabnie przejść do ostatniego wieczora, do którego świetnie pasuje określenie last but not least...

Ostatniego wieczoru V. czuła się już na tyle źle, że postanowiła zostać w domu i spróbować zasnąć. I w sumie chyba lepiej dla niej – przynajmniej nikt jej nie zarzuci, że codziennie była w Paceville! Ja za to wraz z kilkoma osobami z wymiany udałam się na ostatnie imprezowanie. Po burzliwej podróży autobusem dotarliśmy na miejsce. Nawet nie staliśmy zbyt długo na placu decyzji za to ja jakoś nie potrafiłam się rozkręcić. Z pomocą przyszła mi moja niezawodna współlokatorka, któea stwierdziła, że należy mnie... upić. Poszłyśmy do sklepu „All 4 U”, gdzie zakupiłyśmy tym razem coś innego obrzydliwie słodkie Bacardi – nie usłyszałyśmy także słynnej przestrogi o policji czyhającej na zewnątrz. A później... ogólnie rzecz biorąc bardzo dobrze się bawiłam. Aż do powrotu do domu. V. zmożona gorączką (czyżby nowa tradycja wieńcząca nasze wspólne wyjazdy?) dostał po naszym późnym powrocie jakiejś dziwnej furii. Szczytem wszystkiego była jednak nasza kłótnia w taksówce prowadzonej przez Jamesa of the taxi... Może faktycznie coś w tym jest, że nie powinnyśmy razem wyjeżdżać?!

Lot z całkiem ładnego lotniska na Malcie na całkiem nieładne lotnisko w Krakowie minął nam niezbyt przyjemnie. Nie dość, że pijani polscy turyści wracający prosto z Paceville śpiewali dość nieudolnie „Americano” to jeszcze obie czułyśmy się strrrasznie. Mój żołądek nieprzyjemnie skręcał się w czasie turbulencji (tak, były turbulencje!) natomiast uszy V. nieźle musiały jej się dawać we znaki, jako że większość czasu spędziła zgięta wpół a na koniec zapomniała swojego paszportu... Tak czy inaczej na sam koniec Malta experience zobaczyłyśmy całkiem niezłego Maltańczyka albo nasze kryteria po prostu niebezpiecznie się poszerzyły, co jest chyba bardziej prawdopodobne!

Polska przywitała nas deszczem, temperaturą dwa razy niższą niż na Malcie oraz... latem z Wikingami ostro propagowanym w Galerii Krakowskiej. Pozytywne było przynajmniej to, że tym razem V. odpuściła sobie śpiewanie „No woman no cry”!


Na zakończenie tej relacji kilka największych hitów Paceville i Malty:

1) absolutnie wszystkie hity nieśmiertelnego Davida Guetty z naciskiem na piosenkę „Memories” znaną też jako „Crazy shit” - zachęcam do obejrzenia teledysku jako że występuje tam chyba jedyny na całym globie Murzyn, który zyskał aprobatę V.

2) „Americano” w wykonaniu Yolanda & coś tam

3) „Stereo love” - rumuński hit lata 2010

4) wspomniane już „Alors on danse” - FRANCUSKIE!!! <3


To tyle od mnie... A za jakieś niecałe 15 godzin czeka mnie kolejna, tym razem niemiecka wyprawa!





sobota, 29 maja 2010

Ostatnie dni / Latter days / Viimeiset päivät

I tak, zgodnie z odwieczną naturą rzeczy, wszystko na tym świecie ma swój początek i koniec. Tak jest i w przypadku "najlepszych miesięcy mojego życia", tj. niespodziewanej erasmusowej przygody w niezwykle interesującym i pociągającym kraju północnej Europy. Ponieważ szczęśliwie - pomimo pierwotnych niepokojów - udało mi się zamknąć semestr na uczelni, i trzeba czymś wypełnić nieprzyzwoicie długie dni, jakich właśnie mam okazję doświadczać, biorę się za pisanie notki podsumowującej, która może być - uprzedzam od razu - długa i miejscami nudnawa.

Od marca, kiedy to całkiem niespodziewania odwiedziła mnie N., zdążyły już minąć dwa miesiące. Czy wiele w tym czasie się wydarzyło, to rzecz względna. Tuż po tym, jak się rozstałyśmy, przyszła słynna fińska wiosna, szara, wietrzna, wciąż dość zimna i bardzo, bardzo mokra (dobrą ilustracją zarówno tego co wówczas widać, jak również i wczesnowiosennego nastroju, jest ten filmik). Wiosenna depresja, a także szeroko opisywany szok kulturowy uderzyły wówczas we mnie ze zdwojoną siłą, w czym wcale nie pomagała wizja zbliżających się świąt Wielkanocnych. Rzeczone święta spędziłam niemalże w całkowitej samotności, daleko nie tylko od rodziny, ale i bliższych znajomych poznanych w Turku, którzy korzystając z kilku dni wolnego porozjeżdżali się po różnych stronach. Byłam za to kilkakrotnie w kościele, gdzie usłyszawszy kilka słów w ojczystym języku, dosłownie się rozpłakałam.

W końcu święta minęły i wszystko szczęśliwie wróciło do normy. Wreszcie zaczęło też być nieco cieplej i słonecznie, co pozwoliło mi na pierwsze wycieczki na łono natury. Wciąż jeszcze nie było zielono, podczas gdy w centralnej Europie życie już zaczęło się przebudzać na dobre. Także w tym czasie doszły mnie wieści o katastrofie pod Smoleńskiem, ale ze względu na fakt swej emigracji nie byłam bombardowana wymuszanym żałobnym nastrojem grubo ponad tydzień, co miało chyba pozytywne skutki.

Tymczasem N. dostała wreszcie potwierdzenie terminu swej letniej praktyki na Malcie. Poznała też - na razie wirtualnie - swego koordynatora o imieniu Aaron, o którym już zdążyła sobie wyrobić konkretne zdanie. Zgodnie z zasadą, że najważniejszy w człowieku jest wygląd, rzeczony Aaron nie mógł zapunktować wysoko ze względu na łudzące podobieństwo do osoby znanej jako Starszy S-v. Jak się okazało później, lipiec N. spędzi ponadto w towarzystwie m.in. dość silnej grupy reprezentantów Kanady oraz... mieszkańca Wiednia o wybitnie nie-niemiecko brzmiącym nazwisku, co nasuwa mi oczywiste skojarzenia z gwiazdą Turku Erasmus 2010.

Wracając do mych nostalgicznych wynurzeń, już w kwietniu zaczęły się pierwsze wyjazdy innych studentów, poprzedzone licznymi imprezami pożegnalnymi, tudzież zmasowanym dodawaniem się do fejsbukowych grup typu "How to survive after Erasmus". Większość jednak zdecydowała się zostać do maja, oczekując od dawna reklamowanej lokalnej atrakcji, jaką jest pierwszomajowe święto Vappu (znane także jako Noc Walpurgi).

Końcem kwietnia postanowił się z nami pożegnać także słynny ESN, organizując kolejną klubową imprezę, niczym zresztą nie różniącą się od poprzednich - ta sama badziewna muzyka, te same twarze, nawet to samo niesmaczne i drogie piwo. No, może jeden szczegół był tym razem nowością - pomimo, iż zapomniałam swej VIP-owskiej karty ESN, dane mi było wejść do klubu za darmo po pozytywnej identyfikacji przez samego Joonasa, prezydenta ESN na naszej uczelni ("she's from ICT, she's okay"). Następnego dnia wieczorem miały miejsce pierwsze wydarzenia związane z Vappu, tj. przemówienie przedstawiciela związków studenckich, po którym nastąpiło uroczyste nałożenie tzw. ylioppilaslakit, tj. czapek studenckich, przez wszystkich absolwentów uczelni wyższych. Niestety, ów gwóźdź programu mnie ominął, gdyż w tym momencie byłam jeszcze w drodze do centrum... załapałam się za to za punkt następny, tj. dekorację nadrzecznego pomnika Lilji takim samym kapelusikiem, połączone z hałaśliwym śpiewem nieco już podchmielonej fińskiej młodzieży. Jednak i w tym nie uczestniczyłam świadomie, jako że przez cały czas próbowałam się skontaktować telefonicznie ze znajomymi, którzy zaginęli gdzieś w tłumie (taką jestem sierotą, że to co najważniejsze, zawsze mnie omija). Kiedy w końcu się szczęśliwie odnaleźliśmy, okazało się, że część oficjalna tego dnia już się skończyła i wszyscy oddalili się, aby oddać się ulubionemu hobby Finów, tj. piciu na umór. W międzyczasie weszliśmy na inne wzgórze, gdzie swoje uroczystości odprawiała szwedzkojęzyczna mniejszość, jednak i tam nie zostaliśmy dłużej, jako że jedna ze spotkanych dziewcząt przestrzegła nas, iż wkrótce wzgórze zostanie opanowane przez pijane i rzygające nastolatki. Poszliśmy więc coś zjeść i wypić, i w zasadzie nic specjalnego tego wieczora się nie działo. Byłam trochę rozczarowana, zresztą nie tylko ja.

Samo Vappu, tj. 1 maja, kojarzy się przede wszystkim z wielkim piknikiem na "szwedzkim wzgórzu". Tradycyjnie dotarliśmy na miejsce z jakimś dwugodzinnym opóźnieniem w stosunku do pierwotnych planów. Ostatecznie jednak było całkiem miło, a dodatkowo tego dnia przypadały też urodziny mojej współlokatorki. Zresztą sam tych wszystkich ludzi, którzy wylegli na ulice, był dość niesamowity.

Pierwszy tydzień maja był w zasadzie tygodniem niespełnionych planów. Początkowo swoje odwiedziny anonsował Gejek, a w kolejnych dniach miałam się spotkać z N. w Rydze. Jednak żaden z tych planów ostatecznie nie wypalił - co do Gejka to trochę mi żal (jej też, jak ostatnio się przyznała), natomiast za Rygą jakoś nie płaczę, i z tego co wiem, to N. nawet też już nie. Widać tak miało być. Być może dzięki temu także udało mi się w ekspresowym tempie i z wysokimi wynikami pozaliczać kolejne przedmioty (chociaż stałam się obiektem kpin, skarżąc się na DWIE czwórki w lokalnej skali, czyli 4,5 w polskiej).
Być może to nieważne, ale wspomnę jeszcze, że niedawno mimochodem się dowiedziałam, iż moja erasmusowa polska koleżanka chodziła do liceum z córką pana Pawła - tak, TEGO pana Pawła od jogi! Świat jednak jest mały, a Śląsk tym bardziej...

W maju także nagle przebudziła się przyroda, i wszystko dosłownie eksplodowała zielenią w ciągu kilku zaledwie dni. Co jednak najdziwniejsze i nawet dość niepokojące, podczas gdy Polska targana była powodziami i burzami, w Finlandii temperatury sięgały trzydziestu stopni! Trwało to dobrze ponad tydzień. Korzystając z pogody, urządzaliśmy sobie różnego rodzaju grille, pikniki i wycieczki - m.in. odwiedziłyśmy ze współlokatorkami urocze miasteczko o nazwie Porvoo. Niestety, wyjazd ten był szokiem dla mojego stanu konta, przez co przez kilka dni z nadzieją wyczekiwałam zbawienia. Zbawieniem tym okazała się moja własna matka, która przyjechała na ostatni weekend. Szczęśliwie udało jej się utrafić w ostatnie dni pięknej pogody, w co przedtem nie bardzo chciała wierzyć (swoją drogą nie dziwię się: wcześniej, gdy mówiłam "jest gorąco", miałam na myśli 15 stopni, nie 25). Oprócz zasilenia mej kieszeni i lodówki, mama wybrała się ze mną na wycieczkę do Helsinek oraz po Turku (na szczęście odeszła od pierwotnego pomysłu odwiedzin "u Muminków"). W stolicy Finlandii też już co prawda byłam nie raz, ale tym razem odwiedziłyśmy nowe miejsca. Po tej wizycie Helsinki wywarły na mnie dużo lepsze wrażenie. Szczególnie podobało mi się, iż w odległości, którą można pieszo pokonać w kilka minut od centrum miasta, można znaleźć ciche, spokojne i zielone miejsca. Myślę, że fakt, iż naszą przewodniczką była moja fińska koleżanka, też miał tu znaczenie, jako że nie chodziłyśmy tylko po trasach uczęszczanych przez turystów, ale bardziej bocznymi drogami.

Tego samego dnia, kiedy moja mama wróciła do Polski, goście przyjechali dla odmiany do mojej niemieckiej współlokatorki. Na szczęście cała rodzina nie śpi u nas, ale i tak są tu dość często (zawsze, kiedy wstając koło południa przebiegam po korytarzu w piżamie). Z tego co się orientuję, koleżanka nie przepada szczególnie za partnerem życiowym swojej matki (który nie jest jej ojcem, a nawet ojczymem). Atmosfera jest więc chyba dość napięta, ale ponieważ całymi dniami nie ma ich w domu, nie mnie to oceniać.
Ogólnie ostatnie dni są niezbyt ciekawe. Jak już wspominałam, są długie, nawet bardzo długie - od czwartej rano do północy jest jasno. Z braku codziennych obowiązków i rutyny wszyscy narzekają na nudę, a jednocześnie pogoda nie nastraja pozytywnie do jakiejś wzmożonej aktywności. Jedynie nocą życie kwitnie. Jak podsumowała N., końcówka pobytu w moim wykonaniu wygląda jak u rasowego HE. Praktycznie co noc gdzieś wychodzę, wracam, kiedy jest już jasno, i śpię do południa. Muszę jednak nadmienić, że ostatnio imprezy zaczynają nas omijać nie dlatego, że zostajemy w domu, ale ponieważ kończą się lub zmieniają miejsce, zanim tam dotrzemy. Ostatnio było tak przy okazji słynnego na całe Turku party w Kuunsilcie (Kuunsilta = Księżycowy Most, inne getto HE, na drugim zresztą końcu miasta). Ostatecznie kiedy nasza silna grupa dotarła na miejsce, zmuszeni byliśmy stworzyć sobie własną imprezę na ławeczce w ogrodzie. Co miało zdecydowanie swój urok, podobnie jak bardzo długi nocny spacer. Jak powiedział nasz kolega - nie ważne, ile osób jest na imprezie, ważne kto!
Wczoraj dla odmiany, całkiem przypadkiem trafiłam na lokalne eliminacje do konkursu Mister Finland 2010. Oglądanie wdzięczących się byczków było dość przerażające, ale i tak nic nie pobije ich elokwencji (odpowiedź na długie, rozwinięte pytanie do jednego z kandydatów zawierała się w słowie "jo").
Dziś wybieramy się na karaoke do znajomego ze słynnej student village, a jutro... jutro będzie dzień sprzątania (tak, tak, zawsze tak wypada, że w niedzielę pasuje najbardziej), a w poniedziałek dzień pakowania... a we wtorek rano, jeśli żadna katastrofa się nie wydarzy, już po raz trzeci w życiu (!) wsiądę na pokład samolotu, który zabierze mnie do Rygi, a stamtąd inny do Warszawy.

Na koniec jeszcze bonus w postaci galerii "foto miesiąca". Ze swego archiwum fotografii wybrałam po jednym na każdy miesiąc, które albo dobrze podsumowuje jakiś okres, albo po prostu z jakichś względów mi się podoba. Uprzedzam, że selekcja jest wyjątkowo subiektywna i z nikim nie konsultowana. A więc jedziemy!

STYCZEŃ
Tak jak ostatnio doświadczaliśmy ekstremalnie wysokich temperatur, tak początek pobytu był wyjątkowo mroźny (jak na TĘ CZĘŚĆ Finlandii). Wielokrotnie wspominano mi, iż tak śnieżnej i zimnej zimy w Turku nie było od dawna. A więc na tym obrazku jest głównie śnieg i opatulona ja, abyście widzieli, jak bardzo było zimno.



LUTY
W lutym działo się wiele dziwnych, zabawnych lub absurdalnych rzeczy, ale myślę że randomalny wyjazd do Sztokholmu był bodaj najciekawszą z nich. Niestety, nie posiadam zdjęcia tego, co najciekawsze, ale ten obrazek lubię, jako że moje koleżanki wyglądają na nim jak bezdomne imigrantki ze Wschodniej Europy - a tak właśnie przez dobre parę godzin się czułyśmy.



MARZEC
Najważniejszym wydarzeniem tego miesiąca było oczywiście nasze spotkanie! Wyrażając więc głęboką nadzieję, że nie zostanę zlinczowana za użycie wizerunku osoby trzeciej, wrzucam jedno z dwóch (!) zdjęć, na których występujemy razem. Poza tym nie ma w nim nic interesującego, ale gwoli przyzwoitości dodam, że to Tallinn (chętnych do poznania wyczerpującego opisu zapraszam na starego bloga).




KWIECIEŃ
W kwietniu udało się nam wreszcie zrobić rowerową wycieczkę na wyspę Ruissalo, co było zdecydowanie trafionym pomysłem. To wyjątkowo urocze miejsce, aż dziw bierze, że tak blisko miasta - choć z drugiej strony, nie powinno mnie to już dziwić, bo tak długim czasie spędzonym w tym kraju! Podsumowaniem tej wycieczki niech będzie zdjęcie, z którego byłam dumna, ale z jakiegoś powodu dla innych stało się obiektem drwin...



MAJ
Tutaj przeżywam wewnętrzne rozterki: która fotka będzie się tu nadawała najbardziej? Taka, która pokaże intensywną zieleń traw i drzew, a może pamiątkowe zdjęcie "z ręki" z moimi psiapsiółami z mieszkania, a może moja mama? Ostatecznie jednak stwierdzam, że symbolem maja w Finlandii jest jednak Vappu, jakkolwiek przereklamowane by dla nas (obcokrajowców) nie było, więc...



A na koniec - BONUS! Czyli zdjęcie-motto tego bloga:


Pozdrawiam wszystkich, którzy przebrnęli przez mętne wynurzenia prawdziwego HE! Do poczytania w Ojczyźnie!

niedziela, 16 maja 2010

Rewolucyjne zmiany?!

W czasie mojej szeroko opisanej i komentowanej wizyty u V. podjęłyśmy temat małej "reformy" naszego internetowego dziennika.  Niestety, w obfitości innych atrakcji sprawa jakoś się rozmyła.

Natomiast teraz, korzystając z tego, że od jakiegoś czasu "nic nie robię", czego niektórzy straszliwie mi zazdroszczą, postanowiłam się zająć tą kwestią. O dziwo, okazuje się, że nawet potrafię obsługiwać blogspota! Musieli chyba jakoś uprościć to wszystko...

I co Ty na to powiesz V.? Interesuja Cię takie rozwiązanie?

Jak Ci się nie spodoba do wrócimy na "stare śmieci" ;)

P.S. A za oknem ciągle pada i pada...