Witajcie wszyscy. Piszę dla Was w dość osobliwych okolicznościach. Najogólniej rzecz biorąc, mogę stwierdzić, że w ostatnich tygodniach wiele się wydarzyło, w różnych aspektach naszego życia, i podjęcie tego ogromnego wysiłku, jakim jest napisanie notki, przekładałam w bliżej nieokreśloną przyszłość od jakiegoś już czasu. I teraz, po tym niezgrabnym i przydługim zdaniu wstępu, mogę zacząć opisywać najciekawsze wydarzenia w naszym życiu, jakie miały miejsce od świąt Wielkiej Nocy.
Mieliśmy tego roku wyjątkowo długi majowy weekend, który planowałyśmy z N. spędzić w czeskiej Pradze, której pomimo bliskości i urody nie udało nam się dotąd odwiedzić. Plan wycieczki był wielokrotnie zmieniany (im bliżej wyjazdu, tym częściej), pod względem terminów, zakwaterowania, środków transportu, a przede wszystkim składu osobowego... ostatecznie okazało się, że nie jedzie nikt. I to głównie z mojego powodu, co przyznaję ze skruchą. Mogę za to obwiniać głównie jednak moją alergię, która akurat na przełomie kwietnia i maja postanowiła zaatakować ze zdwojoną siłą, dosłownie zwalając mnie z nóg. Wobec tego aż 8 wolnych dni spędziłyśmy we własnych domach. Z tego co pamiętam, w większości zajmowałam się oglądaniem ambitnych produkcji telewizyjnych i graniem na Xboxie.
Na szczęście potem było już lepiej. W maju udało nam się z N. poznać dwa dzieła kinematografii, które śmiało można nazywać kultowymi. Pierwszy z tych filmów - Rocky Horror Picture Show - obejrzałyśmy dość przypadkowo, dzięki koleżance z grupy N., która przegrała go jej wraz z kilkoma innymi. N. widziała go zresztą najpierw sama, a raczej sam początek, gdyż uznała, że jest głupi, bezsensowny i nawet nie śmieszny. Z jakiegoś powodu przy wspólnym oglądaniu - najpierw fragmentów, potem całości RHPS - wyrobiłyśmy sobie zgoła odmienną opinię. Natychmiast po pojawieniu się na ekranie dr. Frank'n'Furtera znalazłyśmy się pod ogromnym wrażeniem tej postaci, a ścieżki dźwiękowej z filmu chętnie słuchamy do dziś (kto nie zna filmu i temuż nie wie o co chodzi... ma pecha i niech jak najszybciej nadrobi zaległości). Drugim z obejrzanych przez nas filmów kultowych - zresztą w ramach festiwalu o takiej właśnie nazwie - była słynna Mechaniczna Pomarańcza w kinie Kosmos w Katowicach. Zarówno sam film, jak i kino wywarło na nas wyjątkowo pozytywne wrażenie. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze tam zawitamy. Po seansie chciałyśmy początkowo odwiedzić pewien klub, o którym dość sporo pisałam w jednej z ostatnich notek, niestety - tym razem jeszcze bardziej świecił pustkami. N. stwierdziła, że gdybyśmy zaszły tam raz jeszcze, prawdopodobnie w środku byliby jedynie barmani. Skończyło się więc na nocnym spacerze po centrum Katowic oraz coli/Karmi w klubie należącym do śląsko-krakowskiej franczyzy.
A właśnie teraz zaczyna się pierwszy z półfinałowych meczy turnieju Euro 2012, z którym wiązały się tak ogromne nadzieje... a które skończyły się wiadomo jak. Podobnie jak w przypadku poprzednich imprez tego typu (Euro 2008 oraz World Cup 2010, dla ciekawych) wspólnie z N. uważnie śledziłyśmy wyczyny naszych junaków i innych faworytów. Organizacja czasowa mistrzostw w piłce nożnej niezmiennie wypada w terminach okołosesyjnych, i nie inaczej było tym razem. To znaczy w przypadku N., bo mnie sesja przestała martwić już jakiś czas temu. Tym razem wydaje się jednak, że egzaminacyjny maraton N. (znany również jako "sesjoshit") spokojnie starczał dla nas dwóch. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i w tym miejscu nie wypada mi nie złożyć gratulacji świeżo upieczonej absolwentce Szlumu (chociaż doktorem jej nie nazwę, sorry!). Nie dziwota jednak, że wielotygodniowe zmagania z sesjoshitem kosztowały moją przyjaciółkę utratę nerwów, zdrowia i kilogramów. Przy życiu utrzymywała ją chyba już tylko ostatnia z sesyjnych gwiazd - "genialny inaczej" włoski napastnik Mario Balotelli. Dla niezorientowanych w sportowej tematyce publikuję poniżej wiele mówiące zdjęcie tegoż osobnika:
Na obecnym etapie mistrzostw N. kibicuje więc oczywiście Włochom, ja tradycyjnie Niemcom, co oznacza, że już jutro któraś z nas pożegna się ze swoim faworytem. Nie jest to pierwszy raz, kiedy stoimy po dwóch stronach barykady, że tak to romantycznie ujmę...
Wspominałam o zabójczej finalnej sesji N. Moglibyście pomyśleć, że ja w tym czasie obijałam się i cieszyłam wiosenną pogodą, ale już pędzę się tłumaczyć, że nic takiego nie miało miejsca! Również i dla mnie przełom maja i czerwca tego roku należał do wyjątkowo pracowitych. Miało to związek z otwarciem słynnego już na całe województwo łódzkie Aquaparku Kutno (tak, tak, nie mogłam sobie odmówić reklamy), przy powstaniu którego i ja miałam swój niewielki udział. W samym sercu Polski (i "nowej Europy", jak reklamuje się miasto, cokolwiek miałoby to znaczyć) spędziłam ładne parę tygodni, od rana wieczora siedząc na basenie - choć głównie w szatni - i łącząc kabelki, ewentualnie odpowiadając na irytujące pytania "jak tam" ze strony naszego szefa. I wszystko byłoby dobrze i normalnie, gdyby nie pewna sytuacja, co do której w życiu bym nie pomyślała, że może mnie dotyczyć. Ale o tym za chwilę.
Napisałam trochę o naszych sukcesach zawodowych, z rozmysłem omijając emocjonalne sfery naszego żywota. I tutaj zaskoczę Was pewnie mówiąc, że tym razem i w tej sprawie każda z nas miałaby coś do powiedzenia. Zacznę jednak ponownie od retrospekcji. Jakiś czas temu, podczas pół-pijackiej rozmowy z N. o szeroko pojętym życiu, padł temat "ten albo żaden". Okazało się, że ja, G. oraz koleżanka N. mieszkająca w stolicy miałyśmy tego typu uczucia do pewnych osób, pozostających w tym lub innym sensie zupełnie poza naszym zasięgiem. Tymczasem właśnie tej wiosny z każdej strony teza ta miała się z łoskotem rozpaść na kawałki. Warszawianka zdecydowała mianowicie, że związek na odległość (a mowa tu o tysiącach kilometrów) nie ma jednak sensu. G. potajemnie kontynuowała znajomość z opisywanym już tutaj informatykiem (choć bardziej to wygląda podobno na związek "z rozsądku"; podobno, bo od dawna nie miałam z zainteresowanymi bardziej znaczącego kontaktu), a ja... no cóż, ja też wpadłam w coś za czym sama już nie nadążam, i o czym głupio mi w sumie pisać, szczególnie tutaj. Jeśli zaś chodzi o N... od jakiegoś czasu, przez sesje, Kutna i inne śmiecie, zdecydowanie za rzadko się spotykałyśmy (moim skromnym zdaniem przynajmniej), a rozmowy na komunikacie często kończyły się niepotrzebnymi spięciami, musiało mi więc umknąć kilka ważnych faktów z jej życia. Mknęło jednak ono naprzód w zastraszającym jak sądzę tempie, o czym świadczy otrzymany przeze mnie SMS z dnia dzisiejszego, godziny 01:02, z samego środka szalonej autobusowej imprezy... Z jego lakonicznej treści wciąż jeszcze niewiele mogę wywnioskować, poza tym, że także i N. postanowiła namieszać sobie w życiu prywatnym. Pozostaje mi kibicować i liczyć na ujawnienie szczegółów w najbliższej przyszłości :-)
Właśnie teraz trwa urodzinowa impreza G., w której z przyczyn zdroworozsądkowych nie mogę uczestniczyć, czego w sumie trochę żałuję. Jeśli G. z jakiego powodu to przeczyta, to życzę jej 100 szalonych lat w zdrowiu i radości, nieważne czy postanowi zostać na Śląsku, czy nie!

Jedyne co mi się nasuwa to... BALOTELLI <3 <3 <3
OdpowiedzUsuńAaa, no i jeszcze, że jednak pewne sprawy są niezmienne - Wy sobie urządzajcie rommantic schadzki w lesie czy gdziekolwiek, gadajcie o "tym albo o żadnym", a mnie to ciągle nie interesuja!!!
PS. Maaaaaario Balotelliiiiiiiii.... <3
No tak, Twoja fascynacja MB potwierdza tylko Twoją słabość do "złych chłopców". Ale czy on jest Super Inteligentny? Polemizowałabym :>
OdpowiedzUsuńOj oj oj, widze że złośliwość za złośliwość Twą strategią ;) Superinteligentny na pewno nie ale superciekawy jak najbardziej!! <3
OdpowiedzUsuń